11 listopada 2015

"Pieśń nad Pieśniami" - o mnie, o tobie, czy o nas?

'Pieśń nad pieśniami” (a dokładniej: Pieśń Pieśni) jest o kobiecie i mężczyźnie, o pragnieniu i tęsknocie. O pierwszym spotkaniu i o rozstaniu. I o miłości, także o miłości, w której mamy szukać Boga. Jego miłości do nas. Kobieta, mężczyzna, miłość (być może także dziecko, jako owoc tej miłości) i Bóg. To naturalny sposób myślenia, bo faktycznie najważniejszych, najtrudniejszych i najbardziej dojrzałych rzeczy o samych sobie dowiadujemy się w relacji z drugą osobą, a potem w trosce i opiece nad swoimi dziećmi. Tak płynie życie i to raczej jest dla każdego zdrowe i przekonujące. Tak. Ale czy na pewno tak samo jest w biblijnym tekście o miłości? Czy na pewno droga do poznania Boga i doskonalenia siebie biegnie przez relację dwojga ludzi i analizie ich perypetii? Nie można prościej?

Bóg lubi upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu


Czytając takie dzieła jak Biblia konfrontujemy się z wieloznacznościami i odkrywamy wpływ lektury na nas za każdym razem w nowy sposób. Także Pieśń Pieśni jest wieloznaczna i w swojej wieloznaczności obejmuje treści, które opisałem powyżej. Jednak uważam, że nie są to główne treści. Uważam, że Pieśń Pieśni nie jest tylko o parze ludzi, o Sulamitce i o Królu Salomonie, nie jest tylko o Bogu i Izraelu. Przede wszystkim jest o jednym człowieku, który z lektury ma wziąć dla siebie naukę i rozwój. Tak samo jak cała Biblia.

Czyli nie kobieta i mężczyzna?


Tak, kobieta i mężczyzna. Ale przede wszystkim człowiek. Człowiek został stworzony jako kobieta i mężczyzna. Każdy z nas może być nieco bardziej męski bądź żeński w porównaniu do innych. Jedna kobieta może doceniać coś w mężczyźnie, a inna nazwie go ciapą. A kogo to obchodzi? Ten mężczyzna i ta kobieta wciąż pozostają sobą i mają swoje życie do przeżycia, bez względu na cudze opinie o ich atrakcyjności. Ostatecznie i tak wszyscy jesteśmy sami, na ulicy, w pracy, w kinie, w związku. Może niekiedy najbardziej doświadczamy samotności w właśnie w związku. Gdzie jest ta kobiecość i męskość i seksualność, gdy siedzimy przy stole i nie umiemy już zamienić ze sobą nawet jednego słowa, żeby się nie pokłócić?

Władza


Moja ulubiona nauczycielka śpiewu Olga Szwajgier (pozdrawiam Cię Olgo serdecznie) mawia, że człowiek został stworzony do władzy, ale nie władzy nad drugim człowiekiem, tylko na samym sobą. Od władzy nad samym sobą zaczyna się wszystko, co chcemy zrobić: jedzenie, mówienie, rozwój, plany na przyszłość. Wszystko, co robimy zależy od tego, kto nami rządzi. Czy ktoś może mieć wątpliwość, kto powinien nim rządzić? A czy ktoś ma pewność, że sam sobą rządzi? Nie sądzę. Przyjmując naiwną koncepcję, że Pieśń Pieśni jest o miłości, szczęściu kobiety i mężczyzny, związku na wieki stawiamy sobie jako cel coś, co jest tylko etapem naszego życia. Tak samo jak przygotowywanie posiłku jest tylko etapem przed jedzeniem, następnie sytością i kolejnymi czynnościami naszego dnia, włącznie z zapomnieniem o tymże posiłku. Król Salomon i Sulamitka rozstają się bogatsi o doświadczenie, wiedzę o sobie, świecie, więksi i bardziej świadomi tego, kim są. Odchodzą rozdzieleni w pojedynczą władzę nad sobą, władzę, która jest celem każdego z nas.

Wolna wola


Bóg dał nam wolną wolę. Czy to może oznaczać, ze zamierza za nas przeżyć nasze życie i rządzić nami, jak byśmy byli Jego robotami? Przeciwnie, mamy korzystać ze swojej wolności i uczyć się jak być panami siebie samych. No dobrze, ktoś zapyta, ale czy to znaczy, że mamy żyć sami i nie jesteśmy stworzeni do związku kobiety i mężczyzny i małżeństwa? Czy mamy jedynie uczyć się wolności i samotności, aby lepiej panować nad samymi sobą? Przeciwnie. Przecież bardziej świadomy i bardziej wolny człowiek jest w stanie zbudować zdrowszą i trwalszą relację. Jego „tak” będzie bardziej „tak”, a „nie” bardziej „nie”.

Nieco więcej o kobiecości i o męskości w Biblii we wcześniejszm tekście

10 listopada 2015

Człowiek wertykalny, a człowiek horyzontalny

Ale o co chodzi? Przecież każdy człowiek jest wertykalny! 


Prześladował mnie kiedyś sen. Biegłem bardzo szybko, nie wiem nawet czy kogoś goniłem, czy byłem goniony. Gdy nie mogłem już biec szybciej, a chciałem biec szybciej – zaczynałem używać rąk, jak zwierze na czterech łapach. Biegłem jak zwierze, dużo szybciej niż wcześniej. W płucach powietrze, w sercu wolność, a ja na czterech łapach jak zwierze. Ten sen już na szczęście minął, ale nauka pozostała. Gdy chcemy robić coś bardziej niż pozwala nam na to natura, możemy przekroczyć swoje możliwości. I co dalej? Czy stajemy się wtedy bardziej człowiekiem, czy raczej bardziej jak zwierze, a mniej człowiekiem? W moim śnie, niestety stawałem się zwierzęciem. Tymczasem Jerzy Grotowski postulował, że wehikuł, którym jest sztuka, powinien być wehikułem do podróży w pionie. Nie w poziomie, a w pionie. Jednak kogo to obchodzi, skoro tak łatwo zgiąć kark, opuścić twarz do ziemi i pędzić po sukces, korzyść i przetrwanie na złamanie karku, jakby świat nie istniał. Jakby nie istniał świat wartości wertykalnych. Bo wartości są zawsze wertykalne. Skąd ten dysonans? Czemu chcieć piąć się w górę, skoro można galopować do przodu?

Do czego służy głowa?


Powszechnie sądzimy, że głowa służy do myślenia. Może także do śnienia. Zatem nieważne, gdzie głowa będzie się znajdowała, na jakim poziomie w stosunku do reszty ciała, byle myśli zgadzały się z pragnieniami, wyobrażenia z potrzebami, słowa z oczekiwaniami słuchacza, wyraz twarzy z potrzebami współplemieńców, i tak dalej. Jednak do myślenia służy raczej mózg, niż cała głowa. I to nie cały mózg, bo duża jego część służy do nadzorowania pozostałych części ciała. Głowa jest częścią ciała, na którą patrzymy, gdy spotykamy drugiego człowieka. Głową wykonujemy gesty, głowa posiada twarz i usta, którymi mówimy, całujemy, głaszczemy. Przecież to o głowie mówimy, gdy mówimy: głowa rodziny, głowa rodu, głowa państwa. Więc może głowa jest raczej od rządzenia, niż od myślenia? Powiem więcej, są ludzie, którzy uważają, że myślimy ciałem, a głowa tylko uważnie słucha i przetwarza, przekazuje dalej „myśli” dostarczane z serca, pleców, żołądka, czy nóg. Zainteresowanych taką koncepcją odsyłam do dorobku tancerzy butoh i joginów. Jeśli przyjmiemy założenie, że głowa rządzi, to nie będzie nas już dziwiło, że jest ona na samej górze ciała. Mniej też dziwi, że u wielu zwierząt głowa nie znajduje się na szczycie ciał, bo zwierzęta przecież są rządzone ich instynktami, a nie... rządem sprawowanym przez nie same. Zwierzęciem rządzi gatunek, DNA. Człowiekiem rządzi człowiek (...i Bóg, jeśli Państwo pozwolą).

Głowa na górze, nogi na dole, barki ponad miednicą


Serce ponad macicą, wagina ponad jądrami, ręce ponad nogami, oczy powyżej ust, piersi pod szyja, i tak dalej. Cała struktura pionowa ciała człowieka ma swój sens i tworzy nasze ciało z jego hierarchią, zarówno biologiczną, społeczną, jak i duchową. Spójrzmy na to logicznie: żyjemy ciałem, a głowa stanowi tylko kilka procent masy całego ciała. Zatem to struktura naszego ciała ma wpływ na to, kim jesteśmy, a nie wyimaginowane teorie pochodzące z mózgu, opowiadające o tym, co się znajduje w mózgu.

Co robi człowiek wertykalny?


Co może robić człowiek wertykalny? Na przykład aktor na scenie, któremu nieobca świadomość jego ciała i antropologia. Zapewne stoi prosto. Głowę trzyma równo i z godnością. Chodzi, gdy potrzebuje, nie musi się ruszać, gdy nie chce, nie boi się stać nieruchomo. Mówi, gdy ma coś do powiedzenia. Patrzy odważnie. Kocha, ale nie zawłaszcza, bo szanuje to, że inni ludzie także posiadają swoje głowy do rządzenia, a jemu jego własna głowa na szczycie jego ciała w zupełności wystarcza. I jest zadowolony z siebie, bo ma wszystko, czego potrzebuje. Nie czuje strachu, dopóki dach się nie wali, dom nie płonie, a ktoś inny nie strzela do niego z pistoletu. Jest szczęśliwy. Wertykalny człowiek jest szczęśliwy. Człowiek horyzontalny nie jest szczęśliwy, bo musi gdzieś gnać, a rządzi nim ktoś inny (coś innego spoza niego).

Krótki kurs o osobach

Człowiek nie jest płaski i nie jest monolitem. Nie jest też prosty jak drut. Wejdźmy więc nieco pod podszewkę tego, co nazywa się rolą. "Kurs" przeznaczony jest dla osób zaawansowanych, lubiących improwizację. Proszę zapiąć pasy.

Ja – jestem (chcę żyć), potrzebuję przestrzeni, pokarmu, bezpieczeństwa, prokreacji i kreacji.
Ty – pragnę (ciebie), mówię do ciebie, proszę i chcę być razem z tobą.
On (ona) – rządzę (sobą i światem wokół mnie), mam dystans, chcę, aby rzeczy były uporządkowane według moich zasad i woli.

Przyjmowane przez role postawy typu ja-ty-on, mogą być trwałe, bądź zmieniać się tak często, że ich określanie przestanie mieć sens. W codziennym życiu przechodzimy płynnie między tymi trzema postawami, choćby dlatego, że czasem jesteśmy sami i doświadczamy głównie siebie, na przykład stojąc na przystanku autobusowym, jedząc, myjąc ręce w łazience, idąc przez park. Czasem prowadzimy dialog, prosimy, przekonujemy. A czasem mamy do podjęcia decyzje poprzedzone obserwacjami lub też oddajemy się wyłącznie obserwacji. Tak wygląda codzienność. Zauważmy, że postawy/pozycje ja, ty i on (ona) nie są trwale związane z określonymi sytuacjami, w zasadzie możemy zajmować zmiennie te pozycje w każdej sytuacji. Nawet myjąc zęby możemy wejść w fikcyjny dialog ze szczoteczką do zębów, albo być obserwatorem swojej dłoni, która nią porusza. Roboczo, dla treningu można testować dla swoich potrzeb te pozycje w każdej sytuacji. Ciekawa analiza rozpoczyna się wtedy, gdy zmiana pozycji z ty w ja, albo z ty w on/ona, czy z ja w on jest wywołana przez zewnętrzne czynniki. Choćby przez strach przed oceną.

Ekstrapolacja i interpolacja


Gdy prowadzimy z kimś dialog (rozmawiamy w pozycji ty) możemy natknąć się na trudny moment, w którym temat rozmowy dotyka naszych problemów, załóżmy, że żywych, ale nierozwiązanych problemów. Jaki mamy wybór? Wierzyć, że rozmowa nie stanie się zbyt trudna i prowadzić ją nadal w pozycji ty. Możemy poddać się autoanalizie i zagłębić w siebie przechodząc do pozycji ja. Takie rozwiązanie wywołuje obawę, że otworzymy się i ujawnimy rozmówcy więcej, niż planowaliśmy. Często stosujemy trzecie rozwiązanie. Generalizujemy omawiany problem przechodząc do pozycji on i zaczynamy mówić z pozycji trzeciej osoby, eksperta, profesora, znawcy, etc. Aby uniknąć powrotu do tego, co niewygodne przechodzimy znów do niższego poziomu abstrakcji (do szczegółu) i staramy się prowadzić dalej rozmowę w pozycji ty, bądź pozostajemy w bezpiecznej pozycji on tak długo, jak to możliwe. Zmiana pozycji z ty na on zburzyła rozmowę i punkt skupienia uwagi rozmówców, ale ochroniła nas przed niebezpieczeństwem rozmowy na prywatne tematy. Jest to manipulacja i właśnie, gdy słuchamy aktora lub osoby manipulującej słowami, spojrzenie z punktu widzenia ja, ty, on (ona) okazuje się być skuteczne w ocenie prawdomówności i szczerości (autentyczności i formatu artysty).

Niska jakość


Jak widać z powyższych rozważań posługiwanie się zamiennie pozycjami ja, ty i on jest wygodne i asekuracyjne. Nastawione na brak zmian i raczej na przemknięcie ponad i obok pojawiających się problemów. Dla wytrawnego oka i ucha, konfrontacja z osobą, która stosuje ten rodzaj manipulacji (albo z aktorem, który tak tworzy swój występ) może być po prostu nudne. Dla aktora i artysty w ogóle, źródłem inspiracji są konflikty i problemy (mogą to być problemy ogólne, społeczne, osobiste, itd.). Zatem kierując się jakością i chcąc być interesującym należałoby umieć wychodzić poza schemat ja, ty, on. A przynajmniej kontynuować przyjętą rolę (choćby dialogiczne ty) konsekwentnie i nie wychodzić z niej, mimo (a może właśnie celowo po to) że dochodzimy do niewygody, do granic naszej bądź cudzej strefy komfortu. W końcu prawdziwa sztuka zajmuje się tym, co wyjątkowe i wielkie w człowieku, a nie tym co typowe i przeciętne.

Liczba mnoga


Pójdźmy dalej z uproszczeniami rzeczy nieprostych i spójrzmy na pozostałe zaimki. Po ja, ty, on i ona pojawia się my. Załóżmy, że od pojedynczej (nomen omen) osoby możemy odłączyć jakiś fragment i zająć się nim osobno. Załóżmy, że dialog prowadzony przez dwie osoby, faktycznie, jest osobnym bytem. Zatem widzowie słuchający i oglądający to, co dzieje się między dwójką aktorów, nie mają do czynienia z dwiema osobami, ale przede wszystkim z tym czymś trzecim, czyli z ich rozmową. Rozmową, którą można personifikować, tak samo jak i wszystko inne w teatrze. Rozmowa ma swój charakter, atmosferę, przebieg, zmiany, kulminacje. Sztuka, ta sztuka jakościowa nie jest prezentacją aktora na scenie, ale tym, co ten aktor tworzy w czasie i przestrzeni. Tak samo jak spektakl nie jest reżyserem, scenografią i muzyką, tak i scena, czy dialog nie jest tylko grupą aktorów stojących, ruszających się i mówiących przez czas trwania sceny. Tak samo jak dziecko nie jest kopią matki i ojca, a tym bardziej nie jest matką ani ojcem lecz nową osoba, którą tamte dwie tylko powołały do życia. Powołały i już się nim tylko opiekują, nie płodząc i nie rodząc jej więcej na nowo. Naturalnie, wszystko jest ze sobą wciąż połączone, ale gdy analizowaliśmy pozycje ja-ty-on, to one również były ze sobą połączone jedną osobą aktora, czy analizowanego człowieka. Jednak w naszych rozważaniach ciekawsze jest odłączenie tego, co fizycznie jest razem, niż patrzenie na połączenia. A to dlatego, że mówimy o sztuce, którą obce osoby z widowni oglądają i mają bardzo mało czasu, aby ją zrozumieć. Zatem odłączenie tego, co w danej chwili jest ważne, od źródła, z którego pochodzi poprawia, a może nawet decyduje o jasności przekazu. Pójdźmy więc dalej z teorią o odłączeniu i o przejściu z liczby pojedynczej aktora do liczby mnogiej.

Izolacja


Izolacja, (zwana także w Polsce "separacją") oznacza umiejętność aktora polegającą na grze pojedynczą częścią ciała (ręką, nogą, oczami, etc.) pozornie bez udziału reszty ciała. Taka umiejętność powoduje, że założona forma staje się bardziej czytelna, bo usuwa podstawowy problem: niepotrzebne napięcie i ewentualny wewnętrzny protest samego aktora przed jego własną grą. Zatem pozwala widzowi skupić się wyłącznie na tym elemencie, który w danym ujęciu jest istotny, a chwilowo zapomnieć o całej reszcie, która może tylko przeszkadzać. W istocie jest to najwyższym kunsztem aktora, bo gdy czytamy w scenariuszu "jej wargi zacisnęły się instynktownie", to zapewne mamy do czynienia z takim zaciśnięciem warg, któremu nie towarzyszy nic więcej, żadna zmiana wyrazu oczu, żaden ruch głową, czy resztą ciała. Wargi aktorki muszą zacisnąć się same i wyłącznie one. Zupełnie niezależne od całej osoby aktorki. Na ten moment aktorka staje się dwoista ja-moje wargi. Zatem ma liczbę mnogą.

Analizę antropologiczną liczby pojedynczej i mnogiej człowieka i aktora można by poprowadzić znacznie dalej, tymczasem zapraszam do obejrzenia rozmowy z aktorem, Kubą Szymczyną na temat ja-ty-on.


Czy zajęcia aktorskie są tylko dla aktorów?

Oczywiście, że nie. Każdy aktor przecież kiedyś nie był aktorem i musiał się nauczyć aktorstwa od innych (pomińmy z pokorą osoby genialne, których talent rozwinął się sam bez udziału osób trzecich – podobno i takie przypadki istnieją). Tak samo, osoby które przestały zajmować się aktorstwem i pozostały im tylko wspomnienia i dyplomy, muszą się go na nowo uczyć, gdy planują wrócić do zawodu. Ale zajęcia aktorskie nie są także dla wszystkich. Z wyjątkiem lekcji indywidualnych, zabawy i rekreacji, należy pamiętać o kilku rzeczach zanim się na nich pojawimy. Na warsztacie aktorskim możemy spotkać kogoś, kto już jest aktorem. Dlatego należałoby we współpracy z taką osobą nie być dla niej ciężarem, tylko wsparciem, bo on, czy ona, zapewne ma już sporo do zaoferowania i chce się rozwijać, a nie patrzeć na niezdecydowanie, niedojrzałość i proces podejmowania decyzji przez osoby, które dopiero się zastanawiają.

Zatem zadajmy sobie kilka pytań zanim zgłosimy się na grupowe zajęcia aktorskie. Nawet jeśli nie planujemy kariery aktorskiej, a traktujemy aktorstwo jako hobby, czy drogę rozwoju osobistego, przyjmijmy założenie, że inni będą podchodzić do pracy nieco poważniej niż my.

  • Czy wierzę, że przez ciężką pracę i obserwację innych ludzi mogę nauczyć się nowych rzeczy?
  • Czy ja sam i inne osoby są interesujące i warto poznawać, to co jest w nas, a następnie to pokazywać światu?
  • Czy są we mnie nieodkryte rzeczy, które mogą już być odkryte w innych?
  • Czy umiem posługiwać się intuicją, nawet gdy na razie nie umiem wysłowić tego, co ona mówi do mnie?
  • Czy człowiek zasługuje na szacunek nawet bez podania przyczyny?
  • Czy potrafię próbować zrobić coś, czego nie umiem?
  • Czy potrafię przyjąć to, o co się mnie prosi, nawet jeśli prośba nie została była moim zdaniem kompletna?

Zadajmy sobie także kilka innych pytań:

  • Czy uważam, że mam pomysł na swój rozwój, a brakuje mi tylko czasu i przestrzeni, żeby go realizować?
  • Czy mam problemy ze swoi życiem i podczas pracy z innymi osobami przekonam je do sposobów ich rozwiązania?
  • Czy jestem dobry, taki jaki jestem?
  • Czy skoro płacę za zajęcia, to one powinny przebiegać tak, jak ja będę chciał?
  • Czy skoro już coś umiem, to mogę się spodziewać, że cokolwiek innego przyjdzie mi łatwo i zasłużę sobie szybko na pochwały i podziw?
  • Czy istnieje uniwersalny sposób na aktorstwo i rozwój człowieka?
  • Czy uważam, że rozmowa i nazywanie rzeczy po imieniu dają większe efekty niż działanie i doświadczenie?
Wnioski z odpowiedzi na te pytania pozostawiam Czytelnikom.

08 listopada 2015

O odwadze, czyli co nas boli

Boli nas ujawnianie siebie. W życiu, nasza słabość, miękkość, kruchość i delikatność mogą być źródłem kłopotów. Możemy zostać wyśmiani, zaatakowani, odrzuceni. To, co jest najcenniejsze w człowieku, czyli jego uczucia, mogą być naszym największym wrogiem. Jeśli nie mamy wspierającego nas otoczenia, a sami nie umiemy znaleźć bezpieczeństwa emocjonalnego, dokonujemy ryzykownych wyborów i naiwnie wierzymy, że będzie dobrze, choć wciąż nie jest dobrze - wtedy świat nauczy nas chować się, obrastać skorupą, unikać samych siebie. Przetrwać. Przetrwać to, co trudne za wszelką cenę, nawet za cenę utraty swojego wyrazu i krycia swojego wnętrza, także przed sobą samymi i przed bliskimi. Przykra perspektywa, jednak popularna. Tracimy serce, na korzyść wygody i umiejętności przejścia przez życie bez dodatkowych obrażeń. Dokładnie taką konstatację przynosi widz, który w sztuce chce znaleźć człowieka pozbawionego protez i osłon deformujących jego człowieczeństwo.

Widz chce zobaczyć człowieczeństwo, żeby znaleźć potwierdzenie, że on także może je mieć, nie bać się, odważnie i godnie reagować i ujawniać swoje piękno. Sięgnąć gwiazd i głębi. Wnętrze – nie agresja, przeżywanie – nie odgrywanie, prawda – nie forma. I odwaga. Odwaga pojawia się tam, gdzie wiemy, że istnieje niebezpieczeństwo i strach, a jednak idziemy dalej. Odwaga nie ujawnia się w odwracaniu głowy i znieczulaniu się, ale w pójściu za tym, co wartościowe, mimo że po drodze może pojawić się ból. Odwaga jest niemal nadnaturalna, bo może otrzeć się o działanie w granicznych warunkach, poza strefą komfortu i poza tym, co „normalne”. Artysta musi mieć odwagę wykraczania w szerszy kontekst, żeby w nim stworzyć sztukę w nowej perspektywie, która ujawni się później w ograniczonej formie i percepcji odbiorcy.


06 listopada 2015

Meisner, czyli jak być sobą

W aktorstwie liczy się autentyczność i pełnia wyrazu. Czyli powinniśmy robić to, co należy zrobić i robić to tak jawnie i przejrzyście, żeby widz czuł zgodę nas samych z tym, co wyrażamy. Wielkie słowa, ale wszystko zaczyna się od rzeczy najprostszych. Jak u Bułhakowa w „Mistrzu i Małgorzacie”. Na pytanie o to, czym jest prawda, Jeszua odpowiada Piłatowi, że prawdą przede wszystkim jest to, że Piłata boli głowa, i że z tego powodu nie ma ochoty na rozmowę, mimo że wbrew sobie musi ją prowadzić. Piłat nie chce być Piłatem, nie chce być Rzymianinem, człowiekiem, nie chce nikogo zbawić, ani potępić. Po prostu boli go głowa. Taka jest prawda o nim w tym momencie. Ból głowy, czyli słabość człowieka, być może najgorsza rzecz do zagrania na scenie i przed kamerą. Jednak prawdziwa. Jaką szansę ma reżyser, by wydobyć z nas „autentyczność”, jeśli jest w nas jakaś treść (słabość) i świadomie wszystkimi siłami będziemy starali się ją ukryć? Odpowiedź brzmi: żadną. Z aktorem, który nie chce dobrze grać nic nie da się zrobić. Jeśli czujemy, albo myślimy coś, ale zamiast do tego uczucia lub stanu przyznawać się, usiłujemy wykreować siebie na coś nowego, innego, coś czego nie ma, ale bardzo chcielibyśmy, aby było... to żegnaj autentyczności.

Mężczyzna i kobieta


Prostszy przykład, bliższy pracy Meisnerem. Naprzeciwko kobiety stoi mężczyzna, któremu się ta kobieta podoba. Mężczyzna wstydzi się swojego pragnienia i ucieka myślami w stworzone przez siebie mechanizmy zagadywania i zaciemniania obrazu siebie. Byle tylko nie było widać prawdy. I co z tym ma zrobić jego partnerka, albo reżyser? Popatrzeć ze zdziwieniem na tę walkę o kłamstwo i obśmiać, albo wyjaśniać i prosić? A może nauczyć, jak zakładać maskę, która pokaże trzy poziomy aktora: aktora, który pragnie, aktora, który zaprzecza pragnieniu i aktora, który pokazuje, że jednak pragnie jakieś artystyczne pragnienie? To byłby absurd. Praca ma polegać na tym, żeby aktor czuł, to co czuje i pokazywał, jak to jest czuć właśnie to, właśnie w tej chwili. By był sobą. Tak proste to jest na Meisnerze i taki jest cel każdego spotkania z partnerem.

20 października 2015

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 3)

Aktor ma do zrobienia dwie rzeczy: stworzyć postać na podstawie tekstu i wystąpić przed publicznością (względnie przed kamerą). Ma też dwóch wrogów, wewnętrzną strefę komfortu, która rozleniwia go, pozwala na inercję emocjonalną i brak kontaktu z własnymi uczuciami i drugą stronę strefy komfortu, która ogranicza, krępuje i nie pozwala wyjść poza siebie, poza utarty sposób działania, patrzenia na ludzi, przestrzeń, rekwizyt i własną ekspresję. Pierwsza - wewnętrzna strona strefy komfortu utwardza, znieczula, zaprzecza naturalnym reakcjom i impulsom, druga – każe poddać się otoczeniu, postępować schematycznie i ulegać instynktowi stadnemu. Paradoksalnie, to ta druga strona strefy komfortu, „zewnętrzna” przeszkadza bardziej w przygotowaniu roli i pracy z tekstem. Ta wewnętrzna ujawnia się podczas konfrontacji z widzem, spłaszcza postać, którą gramy, często niszczy wiele tygodni ciężkiej pracy i cofa nas do punktu wyjścia. Dlaczego tak jest? Dlatego, że najwięcej odwagi wymaga od nas pierwszy kontakt z tekstem i formowanie w umyśle i działaniach nowej postaci. To wtedy musimy „wyjść z siebie” i stać się kimś innym, narazić się na ryzyko dezintegracji, śmieszności, wykonać krok w nieznane, a często także w to, co trudne. Wtedy to „zdrowy rozsądek” krzyczy: nie rób tego, nie szalej, nie ośmieszaj się, bądź ułożonym członkiem społeczeństwa, żyj spokojnie i bezpiecznie. W chwili, gdy po tygodniach i miesiącach prób jesteśmy już gotowi na konfrontację z widzem, a postać jest stworzona, te dylematy i walkę z własnym bezpieczeństwem mamy już za sobą, właściwie nie ma się czego bać, jedynie tego, czy widownia dobrze przyjmie spektakl i naszą grę. Zagrożenie dezintegracją w obliczu innych ludzi, który wiedzą, że jako aktorzy przekroczyliśmy już granicę „niebycia sobą” nie jest wielkie, skoro na próbach robiliśmy to już dziesiątki razy. Wtedy pojawia się coś bardziej osobistego, obawa przed ujawnieniem tego, co jest w głębi nas - wewnętrzna strefa komfortu. Wtedy mamy ochotę „odbębnić” robotę zaprzeczając tylu godzinom pracy na próbach. Wtedy mamy bezczelną śmiałość uznać, że widz nie zna się, nie zasługuje, albo nie jest w stanie docenić tego wielkiego, wewnętrznego świata, który jest w nas. Dwa różne etapy pracy, dwie różne strony strefy komfortu, a efekt ten sam: przestajemy być aktorami.

Wygrać ze strefą komfortu


Powróćmy do przykładu z siłownią. Mamy dwa etapy pracy: wysiłek (trening) i odpoczynek (regeneracja). W pierwszym etapie musimy przekroczyć swoją niewygodę, czasem ból mięśni, zacisnąć zęby, i (stopniowo) robić postępy w liczbie powtórzeń, seriach i obciążeniu. Druga faza jest zupełnie inna, jednak także wymaga umiejętności. Nie każdy potrafi zrozumieć wagę odpoczynku i pozwolić sobie na rozluźnienie i wytchnienie, zatem tego także należy się nauczyć, jeśli nastawiamy się na osiągnięcie założonych celów. Odpoczywać trzeba umieć, a kto nie umie, musi się tego nauczyć. Nauczyć się swoich reakcji, swojego ciała, tego jak reagują nasze emocje, umysł itp. Nie każdy potrafi zasnąć w towarzystwie obcych ludzi, rozluźnić się, uspokoić oddech, a to dlatego, że ta faza w odróżnieniu od wysiłku na siłowni jest osobista.
To samo czeka nas w przekraczaniu strefy komfortu, która wiąże nas z obu stron, w podróży do wewnątrz i na zewnątrz. Ku sobie samemu i ku światu innych ludzi, postaci, ku pełni. A skoro wzruszenie widza jest celem spektaklu i naszej gry, to zapewne i wzruszenie nas samych otwiera nam drogę do nas samych.

Do wewnątrz


Jeśli elementem wzruszającym widza ma być w spektaklu nasze człowieczeństwo i głębia, musimy wcześniej nauczyć się sięgania po to, co głębokie, delikatne i kruche w nas samych. Droga do tego prowadzi przez bariery, które krępują nasze serce i w ogóle ciała przed ujawnieniem jedności i zerwaniem obron i uzbrojenia mentalnego, którego uczy nas codzienne życie. To, co nas wzruszy, to nasza własna delikatność i człowieczeństwo, w rozumieniu siły charakteru, który nie wyklucza tego, co słabe i subtelne, ale pozwala iść dalej czując emocje odkrywające nas samych. Dlaczego miałoby to być wzruszające, skoro to brzmi raczej jak niepotrzebne torturowanie siebie samego na kozetce psychiatry-psychopaty? Dlatego, że to oznacza powrót do najbardziej naturalnych, prostych i zdrowych uczuć, takich jak te, które znaliśmy w dzieciństwie, w beztrosce i pełni czucia. Jako dorośli ludzie w większości (nie wszyscy w jednakowym stopniu) tracimy tę dziecięcą naiwność czucia i przeżywania naszych uczuć i podążania za impulsami serca. To odkrycie, że możemy być jak dzieci jest właśnie tak wzruszające. Uproszczenie nas samych, które faktycznie jest wzbogaceniem, a nie utratą czegokolwiek, co podpowiadałyby nasze role społeczne i umysł. To jest zapomniany świat, który był z nami, a jednak ukryty przed nami prze wiele lat. I wzruszy nas to, że tę wrażliwość możemy odzyskać i używać jej w naszym życiu mimo wieku i drogi, którą przeszliśmy od dzieciństwa.

Na zewnątrz


Tu jest jeszcze gorzej. Jak i po co nauczyć się nie być sobą? W drodze to przełamania strefy komfortu na zewnątrz bardzo pomaga potrzeba rozwoju, zainteresowanie innymi ludźmi, wiara, że każda postać może wzbogacić nas samych, a przede wszystkim wiara w to, że każdy człowiek ma naturę taką samą jak inni ludzie. Ten ostatni warunek jest niezbędny do tego, żeby przestać się bać rozdwojenia jaźni podczas pracy nad autentycznym przeistoczeniem się w graną postać. Innymi słowy, musimy być pewni, że postać, którą zamierzamy grać jest ludzka i nawet mimo swoich złych (a może po prostu bardzo różnych niż nasze) cech, jest w jakimś stopniu integralna. Jeśli postać jest dobrze zbudowana przez dramaturga i nie popsuta przez reżysera, to jest szansa, że da się ją zagrać i nie trafić później do szpitala psychiatrycznego. Z tego powodu należy walczyć o postać z reżyserem, bo ostatecznie my- aktorzy mamy o niej wiedzieć wszystko, reżyserowi do jego montażu wystarczą sceny, które zagramy. Czy w tej pracy także nas czeka coś trudnego? Może wzruszenie? Tak, wzruszenie, gdy osiągniemy cel, ale także strach zanim do tego dojdzie. I to nie ten strach w stylu „boję się pokazać prawdziwego siebie”, ale prawdziwy strach przed utratą siebie, niemal przed śmiercią. Strach strach. Człowiek jest w stanie zrobić coś, czego nie dokona żadne zwierze: przekroczyć siebie, powiększyć, a nawet pomniejszych siebie samego tak bardzo jak tylko mu się spodoba. Wszystko jest tylko kwestią pracy i czasu oraz odwagi. Co jeszcze nas czeka? Utrata mądrości. Bardzo lubimy wiedzieć, a nasza postać, jeśli ma być autentyczna, musi nie wiedzieć tego, czego nie wie. Ba, może być nawet bardzo przekonująco głupia i w różny sposób kompensować to sobie, albo udawać przed otoczeniem mądrzejszą, niż jest. A do zagrania takiej postaci potrzebna będzie pokora i zgoda na pokazanie słabości. Wszystko to są elementy strefy komfortu, która utrzymuje naszą egzystencję na pewnym poziomie społecznym. Musimy nauczyć się to tracić. Deformować siebie, powiększać i pomniejszać. Katorżnicza praca pozostawiająca po sobie rozwój, jeśli jest wykonywana w zgodzie ze sobą, ale może prowadzić także do problemów (psychicznych), jeśli zapomnimy o miłości. Miłość własna jest elementem niezbędnym w naszym życiu i nie wolno nam zapominać, że także nasza postać ją posiada. Błędem wielu reżyserów jest komponowanie postaci z przeczących sobie elementów i maltretowanie aktorów w celu zagrania postaci, która nie mogłaby istnieć. Miłość postaci do niej samej i nasza miłość do niej jest rozwiązaniem i drogą do zachowania zdrowia. Powodzenia.

Początek tekstu: Część 1
Poprzednia część (2)

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 2)

Czym jest strefa komfortu? Jest to nasza wewnętrzna przestrzeń, w której mówimy o sobie, że jest nam dobrze, zespół stanów dnia, tygodnia i roku, w których czujemy, że my to my. Uznajemy w niej naszą integralność, tożsamość, bezpieczeństwo. Zatem określa ona zbiór równowag i obszarów aktywności ograniczonych z jednej strony bólem, niewygodą i przykrością, z drugiej strachem, niewiarą i niechęcią do zmiany, poczuciem przesady. Poruszamy się w niej uchodząc w swoich oczach za osobę normalną i moralną. Nic nam nie grozi, ani ze strony otoczenia, ani przyszłości, ani ze strony nas samych. Jesteśmy „OK”, zdrowi, względnie zadowoleni, znamy sposoby na radzenie sobie z życiem i obsłużeniem sytuacji, które nas spotykają. Posiadamy także plan działania na przyszłość, w której będziemy lepsi, bogatsi, szczęśliwsi. Plan ten uwzględnia to, jacy jesteśmy, a zatem nasze ograniczenia, potrzeby, silne strony i słabe strony. Tak mniej więcej działa na co dzień normalny człowiek. Posiada swoje homeostazy i dba, żeby wybicia z równowagi miały ograniczoną amplitudę, a powrót do stanu równowagi był zapewniony. Szczęśliwy, radzący sobie członek społeczeństwa.

Zaraz, zaraz...


W takim razie, czy to dobrze mieć strefę komfortu, czy nie? Strefa komfortu jest naturalna, każdy ją ma, tak jak skórę chroniącą nasze organy i jak odzież chroniącą nas przed chłodem. I jak parasol podczas deszczu. Jednak warto jest wiedzieć, czy mamy ten parasol aktualnie nad głową i dlatego nie mokniemy, czy też dlatego, że deszcz już ustał. Problem jest wtedy, gdy parasol towarzyszy nam zawsze, bez względu na pogodę. Gdy sam dotyk znanego przedmiotu poprawia nam nastrój bez względu na to, czy parasol nam jest potrzebny, czy też zaczyna nam przeszkadzać, a i tak trzymamy go w ręku. Zaraz, zaraz, czy to znaczy, że bezpieczeństwo jest złe? Nie, ale bezpieczeństwo trzeba mieć, a nie o dbać o nie i potwierdzać na każdym kroku. Dziecko potrzebuje bezpieczeństwa, bo jest bezradne i bezbronne, ale dorosła osoba może czuć się bezpiecznie w każdych warunkach, ponieważ jako człowiek ma władzę nad sobą. Jeśli zatrzyma się na potwierdzaniu swojego bezpieczeństwa i pozwoli na ograniczenia nie przekraczając ich – zacznie obumierać i cofać się w rozwoju. Zaraz, zaraz, a to nie może być tak po prostu dobrze? Nie. Jak mawiała Grace Hopper, statków nie buduje się, aby stały w portach, tylko aby pływały po morzach. Człowiek także jest stworzony do życia i działania, czucia, bycia twórczym, ważnym i jawnym, a nie do poszukiwania przez całe życie schronienia. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Albo albo.

A co to ma wspólnego z aktorstwem?


Z aktorstwem ma to tyle wspólnego, że jeśli mamy silną strefę komfortu (która nie zawsze w ogóle wyklucza poczucie dyskomfortu, czasem po prostu tylko nas krępuje), to nie mamy co marzyć o zagraniu jakiejkolwiek roli. Umiemy i możemy być tylko sobą i nie ma co wojować przeciw samemu sobie, żeby zostać Hamletem albo Lady Makbet. Nasza strefa komfortu nie pozwoli nam na to, zagrozi, przestraszy, wzbudzi jakieś „dziwne” uczucie, ból brzucha, albo głowy, może nawet nam podciąć nogi, a na pewno skrzydła. Z silną strefą bezpieczeństwa nie ma co brać się za aktorstwo. A jeśli już za nie się bierzemy, to trzeba tę strefę przekraczać, działać tak, jakby jej nie było. Straszne? Tak, dlatego niektórzy niech tylko czytają o tym, a nie zajmują się aktorstwem – zaoszczędzą czasu sobie i innym (reżyserowi, widzom i partnerom).

Wolność


Wolność to posiadanie władzy nad sobą, w tak dużym stopniu, żeby każdy wybór, przed którym stajemy był możliwy. Gdy pojawia się strach – działamy mimo strachu. Gdy pojawia się wstyd – wstydzimy się. Gdy pragniemy – podchodzimy i wyciągamy rękę. Gdy czujemy niesmak i pogardę – milczymy wyniośle. Gdy trzeba walczyć – walczymy. Gdy znamy prawdę – mówimy. Życie jest tylko jedno, ale każda próba, mimo swojej nazwy jest także tylko jeden raz. I albo zrobimy, to co należy zrobić, albo zaplączemy się powtarzając: bo, bo, bo, ja, ja.... bo... Strefa komfortu lubi uzasadnienia, usprawiedliwienia i wymówki: bo, ponieważ, nie dziś, może kiedyś, ona tak, ale nie ja, bo ja nie umiem, itd. Strefa komfortu jest kokonem, który odgradza nas od naszej wielkości, ale także od naszego wnętrza, które może być delikatne i łatwe do zranienia. Strefa komfortu odgradza nas zatem od dobrego aktorstwa.

Ciąg dalszy: Część 3
Początek tekstu: Część 1

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 1)

W poprzednim tekście dotknąłem lekko wychodzenia poza strefę komfortu i wzruszenia. Spójrzmy na to samo z punktu widzenia aktora. A zatem kolejny raz: Co to jest być aktorem? Na czym polega praca aktora nad sobą? Jak aktor pracuje nad rolą? Po co człowiek określany mianem aktora wychodzi na scenę? I ostatecznie, jak to wszystko się ma do niego, jako osoby i jak jego praca wpływa na niego samego?

O co nie chodzi w tym tekście


Pomińmy na początek wszystko, co w rozumieniu rzetelnego warsztatu świadomego aktora nie jest aktorstwem, czyli:
  • umiejętności techniczne - bo one są środkiem do osiągnięcia postępu i rozwoju, a nie celem,
  • maskę, konwenans, rzemiosło, „czwartą ścianę” i inne rzeczy odcinające aktora od jego wnętrza i widza - bo one w założeniu mają uprościć pracę, a nie postawić aktorowi wymagania,
  • dodatki do teatru w rodzaju tańca, teatru fizycznego, szczudeł, klaunady, teatru plastycznego - bo one w sposób systemowy ukrywają zarówno jakości, jak i brak jakości i uczą raczej dostosowania się do formy, niż indywidualnego rozwoju,
  • celebrytów, snobizm, teatr na zamówienie polityczne, społeczne, biznesowe, czy religijne – bo one zakładają sposób na zwycięstwo poza i pomimo ciężkiej pracy aktora nad jego wnętrzem i warsztatem.

Dla jasności, nie chodzi tu o to, że spektakl teatru tańca, czy teatru fizycznego nie może być lepszy od regularnego teatru słowa. Może i często bywa, ale ten tekst będzie o aktorstwie, a nie o tańcu, zatem, skupiamy się na aktorze, a nie na tancerzu, stąd takie uściślenia.
Wrogiem aktora jest jego strefa komfortu, czyli nadmierne bezpieczeństwo i nawyki. Aktor powinien zapewnić sobie bezpieczeństwo poza próbami, wysypiać się, dbać o siebie, dobierać projekty, które go interesują i inspirują. Na scenie ma inne cele.
I tu kolejna uwaga. Aktorstwo, trening aktorski i nawet ten tekst nie są dla ludzi, którzy szukają sposobu na rozwiązanie swoich problemów. Z problemami należy się zwrócić do lekarza, przyjaciela, albo poczekać aż same przejdą (to zwykle wymaga sporo czasu i specjalnych warunków, odosobnienia, na przykład klasztoru, albo samotni w środku puszczy). Aktorem powinien być człowiek, który nie szuka rozwiązania swoich problemów emocjonalnych, tylko taki, który jest gotów postawić siebie w niecodziennej sytuacji, żeby sobą rozwiązać cudzy problem przez sztukę: problem humanistyczny, ideologiczny, religijny, społeczny, literacki, itd. Gdy nas boli noga, to nie idziemy na boisko szukać następnej kontuzji, tylko najpierw czekamy na poprawę stanu zdrowia, dopiero potem myślimy o sporcie. Z aktorstwem jest tak samo: najpierw sprawdźmy, czy nadajemy się na wyzwania, a dopiero zróbmy krok w ich stronę. Łatwo na pewno nie będzie, ale niech przynajmniej będzie zdrowo.

Bierzemy się do roboty


Trening na siłowni polega na dostarczeniu mięśniom wysiłku, doprowadzenie włókien do stanu nadmiernego zmęczenia, w którym pojawiają się mikrouszkodzenia. Następnie dostarczamy organizmowi pożywienie bogate w białko, aplikujemy relaks i po pewnym czasie budzimy się z masą mięśniową większą niż przed treningiem. Tak to działa. Musi coś zaboleć, zanim poczujemy przyrost formy. Brzmi to jak masochizm, jednak organizm doskonale radzi sobie z tymi stanami wprowadzając do naszej krwi odpowiednie hormony. Więc proszę się nie bać przedwcześnie. Trzeba trzymać rękę na pulsie i dbać o swoje bezpieczeństwo i zdrowie. Jednak nie da się usmażyć jajecznicy bez rozbicia skorupek jajek - zamierzamy zmienić jakiś stan rzeczy (nas samych) więc na początek musimy umieć pożegnać się z tym stanem, który mamy w punkcie startowym. Z nadzieją, że docelowo osiągniemy lepszy, ciekawszy stan. Jeśli ktoś tego nie chce – nie powinien zaczynać ćwiczeń i przeznaczyć swój czas na coś innego. Planujemy coś w sobie zmienić. Trzeba tego chcieć i wierzyć, że będzie to zmiana na lepsze, albo przemyśleć sprawę ponownie. Osoby gotowe, niech czytają dalej:)

Trzeba coś w sobie zmienić


Jesteśmy aktorami. Rozwijamy się przez swoją pracę, korzystamy z inspiracji innych artystów, tworzymy coś. Raz na jakiś czas słyszymy uwagi o tym, że powinniśmy coś w sobie poprawić. Wielu rzeczy nie słyszymy, bo ktoś jest grzeczny, albo nie chce nam powiedzieć o naszej słabości, albo po prostu jest dobrze, tak jak jest i nie ma powodu nam na nic zwracać uwagi. Tak, czy inaczej robimy postępy. Z czasem te postępy ustają, bo się znudziliśmy swoją pracą i ją porzuciliśmy, albo przeciwnie – nasz poziom gwarantuje tak dobre zarobki, że sami wybieramy projekty, które dają nam satysfakcję, zatrudnienie i istnienie w branży. Brak wyzwań. Powodów, żeby pozwolić sobie na odcinanie kuponów od swojej przeszłości jest wiele. Jednak prawda o życiu przeczy takiej postawie. Rozwój jest konieczny, bo stanie w miejscu oznacza cofanie się. Zapraszam do rozwoju, a osoby, które wybrały stanie w miejscu i cofanie się – do lektury:)

Ciąg dalszy: Część 2
Ciąg dalszy: Część 3

18 października 2015

Zło i dobro, czyli o teatrze

Nie, to nie będzie tekst o moralności we współczesnym teatrze, o obniżającym się szacunku reżysera do widzów i o degrengoladzie sprowadzającej seks do sensacji na scenie.

Rozmawiałem ostatnio z moim dobrym kolegą o teatrze. I on, jak zwykle za Tadeuszem Kantorem: celem teatru powinno być wzruszenie. A ja na to: tak, płacz!

I tu wchodzimy na drogę rozważań o tym, że współcześnie dobre – to to, co miłe, a złe, co niemiłe. Taki jest współczesny świat z jego ubezpieczeniami, iphone'ami, like'ami i „yes”. Z wazeliniarstwem, tchórzostwem i strachem o szeroko rozumiany byt w kawiarniach sieciowych Stolicy.
Tymczasem płacz jest „zły”. Płacz stoi za wzruszeniem i za bólem. Jak przybliżyć się w teatrze do tego, co może prowadzić do łez, skoro wykrzykując „wow”, „mega”i „ale ekstra” kreujemy raczej wrażenie na otoczeniu, niż wyrażamy swoje własne uczucia? Skoro złem jest także konsternacja i niewygoda, świadomość problemu i kłopot z rozwiązaniem go, a dobrem lekkość, łatwość i przyjemność, a zatem bezproblemowość, sielanka i luz, najlepiej totalny luz? Jak z luzu przejść do wzruszenia, które tak blisko wilgotnych oczu? Może rozwiązaniem jest właśnie teatr i tylko teatr, do którego przychodzimy bez planu, bez wiedzy o tym, co możemy zobaczyć na scenie, nie przewidując sprytu reżysera, który z naszymi emocjami zrobi, co zechce. Skoro tam przychodzimy i oddajemy aktorom, na czas spektaklu, władzę nad przestrzenią i w dużym stopniu nad tym, co dociera do naszych zmysłów, a także nad rytmem i czasem, to może przyszliśmy się wzruszyć w milczeniu, w towarzystwie obcych osób siedzących, tak jak my na widowni, złaknionych odrobiny uczucia. Gdzie, jeśli nie w teatrze, drugi człowiek może z normalności przejść do granicy swojej strefy komfortu i pokazać nam, że istnieje coś jeszcze, coś ponad, coś obok, albo coś poniżej naszej codziennej egzystencji? Owszem, teatr do tego się nadaje i do tego został stworzony.

Po co płacz, po co wzruszenie?


Zatem wybieramy się do teatru, jedziemy do niego, spędzamy w nim dwie godziny i wracamy do domu ze wspomnieniem wzruszenia, którego doznaliśmy – w najgorszym przypadku doznał go nasz sąsiad na fotelu obok, a my skonstatowaliśmy, że takie coś jak wzruszenie w ogóle istnieje. Dobre i to, choć trochę mało jak na wiele miesięcy pracy reżysera z aktorami i jak na połowę, albo cały wieczór z naszego życia. Więc o co naprawdę chodzi z tym wzruszeniem? Weźmy przykład. Niewidoma dziewczynka, o niezbyt atrakcyjnym wyglądzie wychodzi na scenę talent show i zaczyna śpiewać. Śpiewa tak mocnym, czystym i przekonującym głosem, że zapiera nam dech w piersi. Gdy spoglądamy na nią i widzimy wciąż tę samą niepełnosprawną osobę, która bez trudu, bez napięcia i walki ze sobą osiąga coś tak pięknego – jesteśmy u szczytu wzruszenia. Dlaczego? Dlatego, że uświadamiamy sobie, jak wiele cudownych rzeczy jest możliwych. Uświadamiany sobie także, że wszystko, co na co dzień uznajemy za dobre i piękne: lekcje śpiewu, błysk w oku, piękny uśmiech, miesiące pracy z profesjonalistami, oprawa, pieniądze, organizacja, itd. itd. są na nic. Istnieje inny świat, z innymi ludźmi, którzy po prostu śpiewają tak, że ulatujemy ze swoich miejsc, a widząc, jak przy tym są zwykli, a nawet słabi – serce chce nam pęknąć. Czemu? Temu, że na co dzień ten świat nie istnieje. Ba, na co dzień nawet my sami zaprzeczamy możliwości istnienia takich zjawisk. W drodze do „równowagi” i „normalności” zdeptaliśmy swoje marzenie o pełni piękna. Zadowoliliśmy się tym, co mizerne, a tu przychodzi niewidoma dziewczynka i pokazuje nam jak bardzo w zasięgu ręki jest coś więcej niż tylko „wow”, „mega”, „ale ekstra”. Pokazuje nam piękno, harmonię i wielkość człowieka, choć ma do dyspozycji tylko swoje niepozorne ciało niepełnosprawnej osoby. WOW! Ale czemu wtedy płaczemy? Z żalu, że się okradamy każdego dnia z czegoś tak pięknego jak naturalność, człowieczeństwo, normalność, miłość, itd. Z żalu, że za płotem trawa jest naprawdę tak niesamowicie zielona, a my robimy wszystko, żeby nasza była brudno-bura, a płotu, żeby w ogóle nie było widać. Z żalu, że niszczymy siebie i że zamykamy się na nasz ludzki rozwój. To jest powód do płaczu.

Pewien hiszpański poeta powiedział: „Piękno jest być może jedyną rzeczą, przed którą nie cofną się tchórze”. Być może ludzie, którzy przychodzą do teatru szukają w nim tego piękna bez względu na to, czy są odważni, czy nie. Może przychodzą tam, żeby zmienić swój system wartości i powrócić do nazywania rzeczy wielkich i pięknych dobrymi, a miernych i nijakich złymi. I żeby uwierzyć, że to dobro jest także w zasięgu ich ręki, a jeśli nie, to może chociaż w zasięgu kroków ich nóg.

01 września 2015

Co niszczy naszą jedność?

Krótka definicja jedności


Jedność ujawnia się w harmonii tego, co jest w nas. Ręka nie jest nogą, serce nie jest macicą, a głowa pośladkiem. Harmonia nie jest degradacją i zrównaniem w dół rzeczy różnych. Harmonia jest współistnieniem i współbrzmieniem. Póki jesteśmy żywi, nasze części robią to, do czego zostały stworzone, byle tylko dać im szansę istnienia. Współbrzmienie jest efektem istnienia i wolności, w której odmienność jest traktowana jak dopełnienie reszty, a nie przeszkodą przeznaczoną do wyregulowania i wyciszenia. Piękna definicja. Zatem dlaczego posiadamy nieujawnione braki i szukamy odpowiedzi w ciemności? Dlaczego żyjemy tak, jakby sufity naszych domów były zbyt nisko, temperatura na przemian spadała poniżej zera i wzrastała do ukropu, ściany straszyły bielą, z kątów łypały okiem demony, a podłoga przypominała chybocącą się kładkę nad przepaścią? Dlaczego to, co powiedzieliśmy przed chwilą nijak się nie ma do tego, co robimy teraz, ludzie, którzy uwierzyli w naszą przyjaźń nagle spotykają się z wrogością, spokój odnajdujemy dopiero na końcu szaleństwa, myśli przeczą uczuciom, głos ruchowi, a plany pragnieniom?

Dlaczego?


Niektóre popularne przyczyny każdy z nas już zna. Unisono w tak złożonym organizmie jak człowiek nie sprawdza się. Dominacja głowy nad całością nie jest celem, składamy się wszak z różnych części, nie tylko z głowy. Dominacja serca, czy seksualności – podobnie. Ucieczka w uczuciowość, relacje, sentymentalizm, czy egzaltację jest ucieczką, ale nie jest metodą na życie. Ucieczka w świat umysłu i myśli, tworzenie modeli, do których kiedyś tam uda nam się dopasować – podobnie. Tricki i myki, które stosujemy na siebie samych w ciężkich chwilach pomagają na chwilę, krótszą, bądź dłuższą chwilę – podobnie jak tabletka przeciwbólowa. Wszystko, co jest ucieczką staje się z czasem kontrproduktywne, choć jest wygodne i pozornie „działa”. Nasze „genialne” odkrycia, które przykrywają problemy działają przeciw nam tym bardziej, im bardziej je pokochamy i im dłużej będziemy je stosować, w celu zaciemnienia, ukrycia reszty nas. Podobnie jest w tańcu i pantomimie. Kolejne generacje tancerzy i ich profesorów odkrywają nowe punkty ciężkości w ciele człowieka. Punkt ciężkości, który rozpoczyna ruch może być na wysokości klatki piersiowej, poniżej kroku, na wysokości kości ogonowej. I tak kolejne nurty sztuki rzucają coraz to nowe światło na ciało i emocje człowieka pokazując nam fragment całości. I podobnie jak artyści, którzy spełniają się w tym fragmentarycznym patrzeniu na człowieka, tak i my zadowalamy się częścią prawdy, wierzymy w nią i nawet przekonujemy do niej innych. Tymczasem sufity w naszych domach coraz niżej, wahania temperatury coraz większe, szaleństwo coraz bardziej wyczerpujące, a kładka pod naszymi stopami coraz bardziej spróchniała.

Może być gorzej?


Może. O ile sami tworzymy sobie maski na nas samych, to pozostawiamy sobie pewien margines autonomii. Dziwne rzeczy, które o sobie myślimy i sztuczne wzorce, do których dążymy są w zasadzie pod naszą kontrolą. Wymyśliliśmy sobie coś i staramy się sobą to zrealizować, ale w granicznej sytuacji możemy porzucić to, co nas niszczy i szkodzi. Może nie jest to łatwe, ale przecież my podjęliśmy, mniej bądź bardziej świadomie decyzję o dominacji pewnego aspektu nas samych w naszym życiu. Czas zakochania w umyśle może minąć i otworzyć drogę dla serca, sportu, jogi, czy medytacji. Krążymy szukając odpowiedzi, zdobywamy doświadczenia i (czego należy wszystkim życzyć) przybliżamy się coraz bardziej do prawdziwego obrazu nas samych. Nie jest tak źle. Jednak co w przypadku, gdy system patrzenia na siebie został nam narzucony z zewnątrz? Czy wtedy też jest tak łatwo z niego zrezygnować, a wcześniej dostrzec go i zidentyfikować? A co jeśli w uległości wobec systemu, uznamy nasze deformacje i problemy za część naszej tożsamości, nas samych? A to już nie jest dobrze. Bo jeśli system stał się częścią naszego świata i równowagi, to próby uleczenia siebie uznamy za występowanie przeciw nam samym. Walkę z tym, co złe zanegujemy na starcie, poszukiwanie prawdy nazwiemy herezją, a marzenia o pełni włożymy między bajki (a choćby te oglądane w kinie i czytane w książkach). Stoimy w miejscu karmiąc sobą system, który nas regularnie krzywdzi i okrada. Od narodzin aż po śmierć.

Światło i ciemność


Pierwszego dnia Bóg stworzył światło. I nie bez przyczyny fundamentalne równanie Einsteina zawiera w sobie prędkość światła. Światło i ciemność pochodzą z samego początku Biblii/Bereshit i dlatego z nich korzystają systemy sprawowania władzy nad człowiekiem, zarówno systemy religijne jak i inne, które są ich pochodną. Ciemność i pragnienie światła w ręku ludzi posługujących się kłamstwem jest najsilniejszą bronią przeciw naszej ludzkiej konstytucji. Światło, bądź ciemność stojące w tle za wypowiadanymi słowami najlepiej udają prawdę i uwiarygadniają mówcę w oczach słuchacza. Poszukując prawdy, czytając Biblię/Torę, pozwalając sobie na refleksję, korzystając z intuicji jesteśmy w stanie odszukać światło, prawdę, zdrowie i wiedzę o sobie i innych ludziach. Ufając słowom innych ludzi, tym bardziej jeśli zrobimy to pomimo własnego sprzeciwu – prosimy się o kłopoty. Jeśli jedynym powodem, dla którego przyjmujemy zewnętrzny system myśli, religii, działania, czy system wartości jest strach i podążanie za instynktem stadnym – wybraliśmy źle. Rezygnacja z wolności do powiedzenia prostego słowa NIE, opowiadanie się za dobrem podpartym jedynie miazmatami i uśmiechniętymi twarzami mówców wznoszących ku niebu oczy – to droga do choroby. Choroby, której podstawową istotą jest brak jedności, odcięcie naszych części od reszty, zubożeniem piękna akordu, do którego zaśpiewania zostaliśmy stworzeni. Podążanie za mitem, który eksponuje i ujawnia tylko część nas. Straszne i przerażające? Właśnie tak. Ręka, która powinna grać akord może się zawahać i zdecydować, że zagra tylko dwudźwięk, albo pojedynczy ton. I nie zagrać pełni kompozycji już nigdy więcej. Ograniczyć się, dać się okraść w imię jakiejś idei, która wychwala ubóstwo i małość, albo aktywność i siłę, albo intelekt, albo ciało i ruch, i tak dalej. Łatwo się pomylić i uznać, że światło, albo ciemność są naszym bogiem. Świetliste wizje obleczone półprawdami, albo jeszcze gorzej - mroczny egoizm asekurujący przed wrażliwością, odwagą i przestrzenią, bardzo łatwo mogą stać się naszą ideą i zostać uznane za ostateczny cel i najważniejszą misję. Światło zostało stworzone pierwszego dnia, ciemność była jeszcze wcześniej, zatem te dwa składniki świata i nas samych są niemal jak fundamenty wszechświata, materii i wszystkiego, co budujemy. I dlatego te dwa elementy (światło i ciemność) często są nadrzędnymi punktami odniesienia religii, new age, czy w ogólnie perswazji, którą ktoś z zewnątrz do nas kieruje. Czy to w postaci marketingu, czy motywującej rozmowy, mającej na celu sformatowanie naszego zachowania w organizacjach, społeczeństwie albo w ogóle codziennym życiu. Przyczyn, dla których ktoś użyje światła albo ciemności w argumentacji jest wiele, ale jeśli wywód kończy się na nich – jesteśmy okłamywani. Dlaczego? Dlatego, że już w samym opisie stworzenia świata jest znacznie więcej niż tylko światło i ciemność - jest Bóg, jest człowiek, jest woda, ziemia, czas, etc. Samo światło może być postawą do stworzenia religii światła, ciemność postawą religii ciemności, nawet wodę, czy ziemię można wykreować na jakieś pomniejsze bóstwa. Nie bądźmy naiwni i nie dajmy sobie wmówić, że budulec jest celem budowniczego. Budowniczy budował nas dla prawdy i miłości, nie dla oddawania hołdu kruszcowi, którego użył, żeby nas zbudować. Żaden dom nie jest świątynią cegieł, z których został zbudowany, przeciwnie ma służyć wyższym celom - życiu człowieka. To nie człowiek ma służyć cegłom, z których zbudowano jego dom. Cegły i dom mają służyć człowiekowi.

Co robić?


Człowiek jest bardzo plastyczną strukturą. Możemy być kimkolwiek i czymkolwiek zechcemy. Niestety możemy być także kimkolwiek i czymkolwiek, czym w ogóle nie chcemy być. Kształt, do którego zmierzamy leży w rękach ludzi, którzy nami rządzą, a przecież niekoniecznie są to nasze własne ręce. Ludzie z naszego otoczenia na ogół nie są źli i nie chcą naszej krzywdy, deformacji, ograniczenia, degradacji. Jednak, czy oni wiedzą, co jest dobre i czy nie są sami pod wpływem idei, która nimi rządzi i prowadzi ich samych i ich otoczenie do zguby? No cóż, z tym to już nie jest tak kolorowo. Przeciwnie, sprzedając swoją autonomię i władzę nad sobą za cenę bezpieczeństwa i pozytywnej opinii ich otoczenia często wybierają negatywny kompromis obniżający ich wartość, zdrowie i wiarygodność. Co zatem robić? Patrzeć otwartymi oczami, uszami i wszelkimi zmysłami jakie nam dał Bóg. Zadawać pytania i kwestionować do skutku to, co działa źle, nawet jeśli działa tylko trochę źle, ale powtarza się regularnie. Mieć odwagę do widzenia rzeczy dobrych i opowiadać się za nimi. Doceniać radość, piękno, prawdę i miłość. Negować krzywdę, wspierać wewnętrzne zdrowie, rozwój i harmonię i mieć nadzieję, że gdzieś tam wysoko ponad nami jest Bóg, który widzi więcej sensu w naszym człowieczeństwie niż nawet my sami. My jesteśmy Jego stworzeniem, a nie On naszym, więc może czasem należy powstrzymać pychę i nie szukać idei, tez i systemów, które coś tłumaczą. A raczej (tylko i aż) żyć, dobrze żyć swoje ludzkie życie szanując siebie i czerpiąc z bogactwa, które nam zostało dane. I dziękować, że tak pięknie może na tym świecie być.
Nie bądź gościem u siebie, wiedz, co się w cię leje;
Wedle tegoż swe sprawy miarkuj i nadzieje!
Jan Kochanowski Do gospodarza

13 sierpnia 2015

Ikar, czyli jak bardzo wierzyć?

Dlaczego wierzymy mitom? Mitom greckim wierzymy, bo są greckie, starożytne i od biedy akurat one są omawiane w szkołach podstawowych. Przyzwyczailiśmy się, że kolebką Zachodu jest Grecja i Rzym. Panowie w togach i sandałach jakoś bardziej nam pasują na ojców naszej myśli i kultury niż harcownicy ze Skandynawii, albo obdartusy znad Wisły. Ułatwia nam to myślenie o związku ubiegłych tysiącleci z teraźniejszością i wiarę w wartość naszej cywilizacji, która nabiera pozoru spójności w czasie, a zatem i codzienność wydaję się być bardziej konsystentna i sensowna. Tymczasem magiczne słowo „rzeczywistość” jest kreowane przez takie mity jak ten o Ikarze i Dedalu. Ikar razem z ojcem zbudował skrzydła, na których można było się wznieść w powietrze. Skrzydła były łączone woskiem, dlatego ojciec zalecał Ikarowi, by nie latać zbyt wysoko, bo słońce może tenże wosk roztopić i niespodziewanie zakończyć lot, a życie pilota upadkiem z nieba na ziemię. Naturalnie, chłopak nie posłuchał proroctwa ojca, poszybował zbyt wysoko, stracił w powietrzu skrzydła, spadł i umarł. Koniec historii. Pierwsza nauczka: słuchaj ojca - jest zupełnie zbędna, bo każdy ojciec ma tysiące sposobów, żeby przekonać syna do posłuszeństwa. Druga nauczka jest znacznie poważniejsza i bardziej nam wchodzi w głowę: nie szybuj zbyt wysoko. Nasza rzeczywistość ma swoje ograniczenia i zaplanowane rozmiary. Zupełnie jak sztucznym świecie z filmu „The Truman Show”,w którym główny bohater żyje pod wielką kopułą udającą cały świat kreowany na potrzeby reality show. Nie płyń zbyt daleko, Truman, bo natrafisz na środku morza na ścianę z wymalowanym horyzontem! Nie leć zbyt wysoko Ikarze, bo stopisz sobie wosk na skrzydłach. Nie szukaj prawdy, nie miej odwagi na tworzenie własnych mitów. Czytaj i powtarzaj te, które kreują z sukcesem naszą rzeczywistość od tysiącleci! Tak będzie lepiej! Nie dla ciebie lepiej, lepiej dla tych, którzy od dawna nie mieliby odwagi na rejs dookoła świata i lot ku słońcu. Nie psuj ich małej rzeczywistości swoją wewnętrzną przestrzenią, wolą, odwagą i wyobraźnią. Mówiąc krótko - bądź mały, jako i oni są mali.

Zawsze jest jakieś "ale"

Jakiś czas temu szedłem Krakowskim Przedmieściem i napotkałem dwóch panów. Jeden z amerykańskim akcentem głosił dobrą nowinę, drugi chodził wokół i rozdawał ulotki ich Kościoła. Wziąłem ulotkę i zapytałem kim są. Pan od ulotek powiedział mi, że jest nawróconym katolikiem, który odkrył Boga i prawdę i teraz w kościele baptystycznym głosi dobrą nowinę razem z kolegą i innymi współwyznawcami. Ja słuchałem, pan mówił. Przeszedł z czasem do rzeczy i zaczął krytykować Kościół Rzymsko-Katolicki oskarżając papieża, że uzurpuje sobie prawo do bycia głową Kościoła. A przecież – argumentował – w Biblii jest napisane, że jedyną głową Kościoła jest Jezus. Zapytałem go skąd to wie. On na to, że tak jest napisane w Nowym Testamencie. Więc ja go pytam grzecznie – gdzie dokładnie? Ostatecznie pan się uniósł stwierdzając, że czyta Nowy Testament od ponad trzydziestu lat i skoro tak, to jest tak jak mówi, że jest. Wprawdzie nieistnienia czegoś (także nieistnienia na kartach jakiegoś pisma) jest znacznie trudniej dowodzić, niż istnienia czegoś, jednak ja akurat wiem, że w Nowym Testamencie nie ma nigdzie ani słowa o tym, żeby Jezus miał być głową jakiegokolwiek kościoła. Pokłóciłem się z panem i odszedłem życząc mu jeszcze jednego oświecenia. Drogi Czytelniku, przeczytaj sobie Nowy Testament, jeśli chcesz, albo uwierz mi na słowo, że Jezus nie jest głową żadnego kościoła. A potem powiedz mi, jak ktoś, kto doznał oświecenia i od trzydziestu lat czyta uważnie Pismo, które zawiera raptem kilkaset stron, twierdzi, że tam jest napisane coś, czego tam nie ma. Kto mu to wmówił i dlaczego?

Lubimy systemy

Lubimy mity, drodzy Państwo. Lubimy gotowe rozwiązania, które ktoś nam przekaże i ugruntuje nimi funkcjonowanie systemu, struktury, czy organizacji. Za nic mamy logikę, swój umysł i oczy. Czytamy, ale nie przyjmujemy sensu, rozumujemy, ale ulegamy w ostatniej chwili strachowi, że właśnie zrozumieliśmy więcej niż inni i komuś się to nie spodoba. Lubimy mity, a im bardziej one gwałcą nasz umysł, tym bardziej chcemy je sprzedać kolejnym ludziom. W kupie siła, a kłamstwo powtórzone przez kolejne usta łatwiej zastępuje prawdę.

A skoro tak, to co z Żydami?

Żydzi mają łatwiej, bo nie wierzą w żadnego Jezusa, zatem problem z tym, kto jest głową Kościoła rozwiązuje się zanim się pojawi, bo samego Kościoła także nie ma, nie było i nie będzie. Żydzi czytają uważnie, weryfikują i nie powtarzają szkodliwych rzeczy. Z mitami greckimi nie mają także problemów, bo opierają się na Torze, która jest źródłem wiedzy największym, bo pochodzącym od Boga. Jednak istnieją autorytety i publikacje, które mogą nieco zmieniać sens Tory. Otóż we wstępie do śpiewnika szabatowego „Boi Kala! Przybywaj Oblubienico!” (wydawnictwo Austeria, Kraków 5775/2015) Naczelny Rabin Polski Michael Schudrich pisze: „Na początku Stworzenia każdy dzień tygodnia, za wyjątkiem Szabatu, miał swoją parę. Dzień pierwszy i czwarty łączy stworzenie światła i ciał niebieskich, drugi i trzeci stworzenie wody i zgromadzenie jej w postaci mórz, piąty i szósty stworzenie żywych istot w morzu i na ziemi.” Co? Stworzenie wody? Nie było czegoś takiego, drogi Rabinie. Bereshit nie opisuje stworzenia wody, tak samo jak nie opisuje stworzenia ciemności, otchłani, czy Ducha Boga. To jest opisane w drugim zdaniu Bereshit:

והארץ היתה תהו ובהו וחשך על פני תהום ורוח אלהים מרחפת על פני המים („A ziemia była pusta i próżna, i ciemności były nad głębokością, a Duch Boży unosił się nad wodami”). Przejęzyczenie, które łatwo skorygować w kolejnym wydaniu Śpiewnika. Każdy może sobie w Torze/Biblii sprawdzić jak jest naprawdę. Pójdźmy jednak dalej. Rabin pisze „..przejście powszedniego świata w święty Szabat odzwierciedla wyzwolenie Szechiny i narodu żydowskiego z wygnania. Hymn Lecha dodi kieruje się zatem ku czasom, gdy nawet podczas tygodnia będziemy doświadczać tej samej świętości, jakiej doznajemy w Szabat.” A skąd wiadomo, że tak nie jest już dziś? To jest właśnie grecki mit, szklany sufit. Bo skąd wiadomo, że każdy dzień dla kogoś nie może być tak święty jak Szabat? Tego Drogi Rabin nie wie, a wypowiada się. Szabat jest najgorzej opisanym dniem spośród wszystkich siedmiu dni Stworzenia. A jednak jest najświętszy, bo tak zażyczył sobie Bóg. Ale pozostałe dni są tak gęste od treści, że można poświęcić (nomen omen) całe długie miesiące i lata na ich analizę i kontemplację. Życzę dobrej lektury, ale nie mitów. Pozdrawiam.

24 lipca 2015

Czy krok z ciemności w światło jest naturalny?

Dla Boga wydaje się to być naturalne: była ciemność, stworzył światło. Szczęśliwie dla nas oddzielił jedno od drugiego, więc jest szansa, że i my możemy się nauczyć oddzielać jedno od drugiego i nie mylić – o ile tylko tego nie zechcemy.

Dwie nieskończoności


Cofnijmy się na chwilę do lekcji matematyki, na której uczono nas, że na osi (niech to będzie oś X) z każdego punktu, powiedzmy z punktu zero możemy iść w jednym z dwóch kierunków. Jeden i drugi prowadzi nas do nieskończoności (plus nieskończoności lub minus nieskończoności). Czy z zaglądaniem w otchłań nie jest podobnie? Każdy człowiek potrzebuje przestrzeni, szerokiej perspektywy, świadomości, że istnieją nieskończone rzeczy. Jednym ze sposobów na doświadczenie tego jest wiara w Boga, który jest nieskończony. Zapewne jest nieskończony pod każdym względem, tym bardziej tam, gdzie my mamy pewność, że rzeczy są skończone, na przykład kończą się śmiercią. Jednak nie każdy wierzy w Boga. Mając potrzebę wolności, chcemy czuć, że nie jesteśmy ograniczeni i szukamy nieskończoności na własną rękę. Stoimy w punkcie zero na osi iks i decydujemy się spojrzeć w dal. Wybór wydaje się prosty, spojrzymy w przód, ku światłu. Ale jeśli nie stoimy w punkcie zero, tylko w punkcie minus jeden, albo minus tysiąc? Kto wie, może wybierzemy otchłań.

Otchłań stoi otworem


Droga w dół nie jest oczywista, wymaga pracy. Trzeba zanegować kolejną nadzieję. Słowa prowadzące ku światłu zamienić w kłamstwo, nastawić się na to, co złe. Utwierdzić się w depresji i strachu przed życiem. Droga ku otchłani nie jest prosta. Jesteśmy ludźmi i nasz kręgosłup kończy się tępo kością ogonową. Trzeba sporo pracy, żeby cofnąć się do swojej zwierzęcej natury i przyprawić ogon sięgający aż do ziemi. Trzeba się zszargać, przy okazji pociągając za sobą swoich bliskich. Nie jest miło, bo ktoś może protestować. Ale skoro już umiemy sprawnie posługiwać się ciemnością, to oskarżymy innych o błąd, wspomnimy zło i że „świat jest jaki jest”, a życie jest ciężkie. A nuż uda nam się zaprosić do współpracy innych ludzi. Witaj otchłani, moja stara przyjaciółko, idę do ciebie i nabieram rozpędu.

Powrót do domu


„Na początku był chaos” mówili Grecy. „Na początku była chuć”, powiedział Poeta. Droga ku otchłani to powrót do tego bezpiecznego początku. Do ciepłego domu, do łona jakiejś nieistniejącej matki. Nieistniejącej, bo przecież w łonach naszych matek nie było ani chaosu, ani chuci. Narodziliśmy się z tego co najpiękniejsze w naszych rodzicach. Zatem ani chaos, ani chuć ani mrok i otchłań nie są naszym początkiem i ukojeniem.

Zawracajmy!


Otchłań i ciemność pojawiają się (zresztą nie tylko one) w drugim zdaniu Bereshit/Księgi Rodzaju. Więc to nie jest początek. Wcześniej jest jeszcze zdanie wprowadzające: Bereshit bara Elohim et haShamaim veet Haarec (Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię). Co ciekawe, to pierwsze zdanie mówi o czymś, co dopiero zostanie stworzone drugiego i trzeciego dnia stworzenia. Co więcej, o ziemi, która jest pusta i próżna jest też mowa w drugim zdaniu Bereshit. Co to może znaczyć? Prawdopodobnie to, że pierwsze zdanie jest raczej formą wprowadzenia, ramki, wewnątrz której znajduje się dopiero obraz, podpisem pod dziełem, które przeczytamy dopiero za chwilę. To jest tytuł, nagłówek. Co było wcześniej? Co jeszcze napisała ręka, która zaczyna list wiedząc, że go pisze? Co jest poza ramką naszego obrazu? Co jest na pozostałych ścianach domu, w którym zawieszono także Bereshit? Nie wiemy tego, ale jest to prawdopodobnie dom Boga i raczej nie jest w nim pusto, a Bereshit nie jest Jego jedynym obrazem. Może wstaliśmy na chwilę od stołu w domu Boga i poszliśmy obejrzeć jeden obraz zanim wrócimy do stołu? Nie wracajmy do otchłani, wracajmy do stołu.

Witaj ciemności, moja stara przyjaciółko

Hello darkness, my old friend. I've come to talk with you again... śpiewają Simon i Garfunkel.
Po co komu właściwie ciemność? Przecież ciemność to „zło”. Tym bardziej: po co śpiewać piosenki o ciemności? Przecież to droga do obłędu i chaosu. Piosenka Simona & Garfunkela nie jest traktatem teologicznym, ani opisem raju i sielanki. Dlatego słowa zło i ciemność padną tu jeszcze kilka razy. Po drugie, ciemność - tak samo jak i światło jest realna w naszym życiu, dlatego warto czasem o niej wspomnieć, nawet jeśli my opowiadamy się po stronie światła. To nic, że dążymy do światła i może nawet uważamy się za ludzi walczących o zwycięstwo światła nad mrokiem. Póki życia będziemy spotykać kolejne osoby, które ten mrok do naszego życia przyniosą. Posługują się mrokiem, karmią go w sobie i nawet pochłaniają nim innych. Przygotujmy się na spotkanie z nimi. Tym bardziej, jeśli planujemy pokonać mrok.

Jak to robi Paul Simon?


Tytuł piosenki i dwa pierwsze wersy odpowiadają na to pytanie. Ciemność lubi milczenie, a Paul Simon je przerywa, żeby swoim głosem zanegować ciemność. W śnie widzi fałsz i ludzi, którzy w nim żyją. Próbuje ich budzić do życia, daremnie. Jakiś dziwny znak szepce o prorokach, a ludzie w milczeniu oddają mu pokłon. Nie udało się obudzić ludzi, ale pozostaje nadzieja, że słowa szeptane w dźwiękach ciszy prowadzą także poza mrok i ciszę.



Mówiąc ogólnie ciemność wysysa z nas moc i życie. Raz to jest milczenie, kiedy indziej zaniechane działania, brak nadziei i pogodzenie się ze złem. Załóżmy, że za mrokiem stoją jakieś „siły ciemności”, niech to będzie Szatan, albo inne demony. Kto wie, może po prostu ludzie, którzy chcą nas czymś przestraszyć. Jaki mają cel? Czemu chcą, żebyśmy milczeli, rezygnowali ze swojego prawdziwego życia, ze słów i działania? Piosenka Paula Simona daje prostą odpowiedź: po to, żebyśmy oddali hołd fałszywym bogom. Neonowe światło przypomina prawdziwe światło równie dobrze, co biblijny złoty cielec. A mrok kwitnie karmiąc się naszymi siłami.

Poszukajmy czegoś dobrego w ciemności


Przyjmijmy, że fałszywy bożek mówi prawdę. Że złoty cielec jest bogiem. Że mrok jest drogą do szczęścia, prawdy, miłości, spełnienia. Zalety ciemności są dwojakie. Pierwsze to fakt, że ciemność jest nieprzenikniona. Działając w ciemności nie jesteśmy narażeni na ocenę innych ludzi. Robimy, co chcemy, jesteśmy twardzi, ostrzy i konkretni. Budujemy swoją wewnętrzną przestrzeń bez światła cudzych spojrzeń, które mogłyby narazić nas na niepokój. Każde kłamstwo może być prawdą. Wiemy tylko to, co chcemy wiedzieć, widzimy tylko to, co chcemy widzieć – w końcu mrok jest naszą domeną. Jemy, choć nie jesteśmy głodni, pijemy na umór, wyciągamy rękę po cudzą własność, krzywdzimy. I nikt nas nie widzi. Ale jest jeszcze coś lepszego – praca nad sobą.

Ślepiec prowadzi ślepca


Ciemność pozwala nam na kłamanie sobie samemu z premedytacją i „świadomością”. W drugim wersie Bereshit ciemność znajduje się nad otchłanią. Zatem od ciemności jest już tylko jeden krok (może nawet mniej), do cudu znikania, zaprzeczania, unicestwiania tego, co jest akurat niewygodne. Korzystając z mroku możemy dowolnie etykietować uczucia i myśli i odsyłać je w otchłań. Jak w toalecie ze sprawną kanalizacją. Łajnem staje się wszystko, co chcemy nim nazwać, także rzeczy dobre i światłe. To dopiero cud. Żegnaj światło, mój nowy przyjacielu, witaj ciemności moja stara przyjaciółko.

W tym momencie autorowi zakręciło się w głowie, a w oczach zakręciły się łzy.
CIĄG DALSZY NASTĄPI (po powrocie do równowagi - między ciemnością i światłem).

Ciąg dalszy: Czy krok z ciemności w światło jest naturalny?



16 lipca 2015

Jedność

W Biblii istnieje piękne słowo hebrajskie Echad, które oznacza „jeden”. Jeden w znaczeniu jeden, a nie dwa, lub trzy, a także jeden, a nie pół i nie zero przecinek osiemdziesiąt pięć setnych. Nie ma tego słowa w „Pieśni nad pieśniami”, ale w pierwszym rozdziale Księgi Rodzaju/Bereshit pada dwukrotnie. Za pierwszym razem, gdy Bóg powiedział, co będzie się nazywało dniem, za drugim gdy połączył w jedno wody i umieścił je w jednym miejscu. To słowo pada także w znanym powszechnie zdaniu o tym, że mężczyzna opuści swojego ojca i matkę i będzie jednym ciałem ze swoją żoną. Także w zdaniu: „Słuchaj Izraelu, Pan nasz Bóg jest jeden” z Księgi Powtórzonego Prawa/Dwarim.

Zatem można powiedzieć, ze koncept jedności nie jest wynalazkiem współczesnej myśli. To słowo było zawsze i może dziś, w trudnych, zabieganych czasach staje się po prostu bardziej popularne, bo jest nam potrzebne. Próbujemy „wrócić do siebie”, zintegrować się, poczuć jedność z naturą, z galaktyką, ze wszechświatem, z innymi ludźmi, z bliskimi, ze swoim szeroko rozumianym życiem, z emocjami i myślami. Próbujemy zjednoczyć myśl, ducha i ciało. A nawet narody i religie tego świata. Niektórzy nawet twierdzą, że z czasem religia zjednoczy się z nauką. Kto wie, może tak będzie.

No dobrze, ale przecież jeśli spojrzymy na początek stworzenia świata (a może stworzenia człowieka?), czyli na pierwszy rozdział Księgi Rodzaju/Bereshit, to co krok napotykamy podział. Na początku mamy podział na niebo i ziemię. Potem na światło i ciemność, dzień i noc, morze i ziemię, dalej znów podział na noc i dzień, świat stworzeń morskich i ptaków. Na koniec podział między człowiekiem, który ma panować nad ziemią (i na to, co ma temu panowaniu podlegać, czyli zwierzęta, itd.). Na koniec jeszcze podział na kobietę i mężczyznę. Co zrobić z tymi podziałami, jeśli jedność wydaje się być milsza, bezpieczniejsza, zdrowsza, a nawet, kto wie, może jest naszym celem?

A jak to było w szkole? Pani nauczycielka uczyła nas na początek liter alfabetu, a potem prosiła, żebyśmy łączyli je w słowa. Słowo powstające z pojedynczych liter jest nowym, wyższym poziomem języka i nie istnieje bez liter. Jednak litery na ogół także nie przestają istnieć po wykorzystaniu ich do stworzenia słowa. Są i słowa i litery. Zatem nasz umysł musi znaleźć miejsce na rzeczy podzielone, ale także na jedność. Jedność i integralność słowa nie zaprzecza literom, a z tych samych liter można stworzyć także inne słowa. Robimy to na co dzień, z dwudziestu kilku liter alfabetu układamy słowa, zdania, akapity i całe opowieści. Poznanie mowy i posługiwanie się nią wymaga od nas zarówno dzielenia, jak i łączenia w nowe całości. A im lepiej znamy litery i słowa, tym lepiej zbudujemy frazę i zdanie, żeby wyrazić naszą myśl i siebie.

Tak samo jest z człowiekiem. Jeśli chcemy siebie poznać, musimy być gotowi na dostrzeżenie pewnych osi, części, elementów, które w nas są. Jednak tutaj pojawia się odpowiedzialność osoby, która proponuje tego typu pracę nad człowiekiem. Bo od tego w jaki sposób wyznaczymy linie podziałów w człowieku zależy efekt pracy i zmiana w nas samych. A może niektóre podziały nie są aż tak zdrowe i sensowne, jak byśmy chcieli. Może podział na dusze i ciało nie jest dla nas zdrowy? Może oddzielenie mowy od śpiewu nie prowadzi do niczego dobrego. Może praca z ciałem i emocjami bez uwzględnienia głowy, czyli myśli, nie jest aż tak dobra, jak to obecnie myślimy? A podział na czucie i działanie? Jak znaleźć ten punkt widzenia, który będzie i skuteczny i ciekawy (bo prawdziwy) i rozwinie nas, zamiast ograniczyć?

W odpowiedziach na te pytania przychodzi nam z pomocą odrobina wiary. Odrobina zaufania, że Biblia/Tora jest dobra, mówi naprawdę o człowieku i że my też jesteśmy ludźmi stworzonymi na wzór Boga. Dalej pozostaje już praca nad identyfikacją i interpretacją treści. Ja tę pracę wykonuję od lat, a monodram i warsztat „Pieśń Pieśni Shir Hashirim” są jej efektem. Z pomocą muzyki, ćwiczeń, oddechu, video-art i niewielkiej dawki antropologii poszukuję kolejnych odsłon słowa Echad i taką samą pracę proponuję innym.

Zapraszam na warsztat 30 sierpnia.
Maciej Ciechomski

13 czerwca 2015

Mały kawałek sztuki

Bolączką wielu artystów jest to, że nie mogą pokazać tego, co mówią, że robią. Deklarują coś, ale mało kto uczciwie może przyznać, że faktycznie zobaczył lub usłyszał to, co mu obiecano. Wiele prac jest w procesie, wiele zależy od innych ludzi (na przykład od aktorów danego reżysera), wiele rzeczy jest jednorazowych i trudno je na zawołanie powtórzyć. Ostatecznie, coś może "nie wyjść", albo jest zauważalne i zrozumiałe tylko dla wyrafinowanych i przygotowanych odbiorców. Dobrym przykładem jest teatr Jerzego Grotowskiego, który w pewnym momencie prowadził dwa osobne nurty: jeden dla publiczności, drugi – proces rozwoju i eksperymentu aktora i reżysera. Cytując klasyka, trudno jest być jednocześnie twórcą i tworzywem. Ale jeszcze trudniej robić coś ważnego dla siebie i umieć to opisać, zaprezentować i przedstawić osobom spoza pracy (powiedzmy krótko: laikom, teoretykom i osobom przypadkowym). Z drugiej strony, często idee, którymi się kierujemy istnieją tylko jako treści w umyśle twórcy, drogowskazy, czy pomysły, i w ogóle nie da się ich dostrzec w realnych pracach. Jesteśmy przecież tylko ludźmi i efekt pracy nie zawsze musi przedstawiać także drogę dojścia do niego i ujawniać rzeczywiste inspiracje.

Po tym wstępie przejdźmy do rzeczy i spróbujmy mimo wszystko zaprezentować i wyjaśnić mały fragment sztuki, a przynajmniej jego jeden aspekt. Może na bardzo małym przykładzie pracy uda się opisać słowami to, co faktycznie słychać. Celowo w tym opisie unikam podziału na treść i formę, mam nadzieję, że poniżej znajdą Państwo powód, dla którego taka dystynkcja w tym miejscu nie jest uzasadniona.

Czym jest sztuka i jaki ma sens?


Po pierwsze, sztuka to przekaz nadawcy do odbiorcy. Jakaś treść, którą twórca kieruje do widza. W klipie reklamowym może to być informacja o tym, że dany produkt, usługa, czy ogólnie marka istnieją, są dobre i że spełniają jakieś funkcje (coraz częściej są to funkcje emocjonalne i ambicjonalne) pożądane przez odbiorcę. Można pójść dalej i z pomocą reklamy starać się zmodyfikować sposób patrzenia widza na samego siebie i jego świat i „wykreować” potrzeby, które akurat my potrafimy zaspokoić i zarobić na nich. Tylko pozornie jest to trudne, bo przy wielokrotnym powtórzeniu przekazu marketingowego i zbudowaniu spójnej kampanii opartej na wielu różnych mediach i nośnikach uda się to zrobić. Marketerzy wiedzą jak to robić i robią to od lat. Przykładem może tu być wybór na prezydenta państwa osoby, o której kilka miesięcy wcześniej nikt nie słyszał. Da się? Da. W sklepie, w lokalu wyborczym, czy na ulicy wybieramy ten, a nie inny produkt, realizując założenia kampanii reklamowej skierowanej do nas. Ale w tle tego wyboru jest wielopłaszczyznowy proces kształtowania naszego „myślenia”. Sposobu, w jaki identyfikujemy problemy, co myślimy o świecie, o państwie, o sobie, o naszych bliskich, o naszych finansach, itp. Ktoś włożył wiele wysiłku i pieniędzy, żebyśmy postąpili tak, a nie inaczej, zabiegał o nasze preferencje. Ale przecież nikt z nas nie przyznałby, że miał zaćmienie umysłowe w chwili wyboru. Przeciwnie - nasz wybór był świadomy i przemyślany, ale zaprojektowany i „wspomagany” przez marketing. To, co dziś uznajemy za swoje osądy i system wartości zostało wcześniej zaplanowane i sprzedane nam. Teraz myślimy to, co nadawcy komunikatów chcieli, żebyśmy z czasem zaczęli myśleć. Zostaliśmy zmienieni.

I tak samo jest za sztuką - sztuka zmienia nas. Zmienia nasze samopoczucie, chwilowe, albo trwałe zainteresowania, naszą głębię, naszą świadomość siebie. Może dotykać także rzeczy wielkich, choćby z punktu widzenia psychologii – może zwiększyć nasz strach przed życiem, albo go pomniejszyć. Może nauczyć nas miłości, albo skłonić do tego, żebyśmy ujawnili agresję i egoizm. I to jest treścią współczesnej sztuki: zmienianie człowieka i wywoływanie wrażeń. Mądre rzeczy zostały powiedziane lub napisane już tak wiele razy, tak dobrze je znamy, że nie chcielibyśmy kolejny raz o nich słyszeć. Albo co gorsze, tak dobrze wiemy, że istnieją, choć my ich nie rozumiemy, nie zrozumiemy i wcale ich nie potrzebujemy, że konfrontacja z nimi spowodowałaby tylko niesmak i znudzenie. Dlatego współczesny świat sztuki posługuje się cytatem i pretekstem, po to, żeby kokietując naszą intelektualną pychę uderzyć w ton, którego potrzebujemy: poruszyć nas mniej lub bardziej, otworzyć lub zamknąć, zmienić nas. A właściwie, to zrobić cokolwiek, bylebyśmy poczuli cokolwiek. Smutne to i do przemyślenia. Jednak nie o tym jest ten tekst.

Co można powiedzieć o człowieku, który odbiera przekaz artystyczny?


Człowiek jest sumą części. Mniej lub bardziej zharmonizowanym systemem. Jest także zagadką i tajemnicą. Póki żyje, może się zmienić, a nikt, łącznie z nim samym nie jest w stanie dzisiaj przewidzieć w jakim kierunku te zmiany pójdą. Co więcej, te zmiany mogą następować wbrew samemu człowiekowi. Zatem istnieje także potrzeba integrowania się w emocjonalności, przewidywalnej przyszłości, relacjach, bezpieczeństwie, w rozwoju. Mamy władzę nad sobą, więc możemy się na coś, albo na kogoś otworzyć. Mamy także władzę zamykania się. Jest też otoczenie, które w różny sposób nad nami pracuje, często wbrew nam – stara się otworzyć nas tam, gdzie chcielibyśmy być zamknięci, a zamknąć nas tam, gdzie chcielibyśmy być otwarci. Na szczęście świat pozostawia nam nieco autonomii i na ogół mamy wybór tego, co zrobimy, z kim będziemy rozmawiali, albo czego słuchali, lub co oglądali. I tu dochodzimy do sedna. Czy sięgając po sztukę mamy potrzebę otwarcia się, czy też potwierdzenia integralności? A może chcemy tylko potwierdzić, że jest dobrze, że zmiana w żadnym kierunku nie jest potrzebna? Każdy z Państwa zapewne udzieli sobie odpowiedzi na to pytanie. Jednak wróćmy na chwilę do polityki. W kontekście otwarcia i zamknięcia mieliśmy w ostatnich wyborach prezydenckich dwie skrajne opcje. Bronisław Komorowski mówił, że jest dobrze i że trzeba utrzymać stan rzeczy. Paweł Kukiz jawnie i ostro mówił, że jest źle, i że trzeba zniszczyć system. Klasyczny przykład konstrukcji i dekonstrukcji. Co ciekawe wielu wyborców opowiedziało się wprost za jedną z tych opcji. Jednak to jedynie przykład. Wróćmy do sztuki. Czy decydując się na film, spektakl, płytę CD, albo utwór na youtube chcemy otrzymać impuls do zmiany, czy raczej przesiedzieć założony czas i zakończyć odbiór w równowadze nie zmieniając się, a jednak mając poczucie, że coś dobrego, fajnego, miłego, interesującego, ciekawego, wartościowego, korzystnego, cudownego, wspaniałego, wielkiego, niepowtarzalnego się wydarzyło? Każdy z nas ma autonomię i wie z jaką intencją zaczyna odbiór sztuki. Powiem więcej, sztuka zaczyna się już wtedy, gdy zanim utwór do nas dotrze, my podejmujemy decyzję o tym, co ma się stać. Na co jesteśmy gotowi, co chcemy ze sobą zrobić za pomocą sztuki, którą właśnie otrzymamy. Sztuka nie jest zabiegiem chirurgicznym pod narkozą. Raczej dialogiem, czasem nauką, czasem katharsis, czasem oświeceniem. Oczywiście życie nie jest usłane różami, żebyśmy zawsze otrzymywali katharsis, gdy akurat chcemy i jesteśmy w stanie je przyjąć. Życie składa się raczej z małych rzeczy. Zatem proszę posłuchać tej małej rzeczy.



Na jednej z facebookowych grup ktoś mnie zapytał, czy to by nie mogło być weselsze. Odpowiedź na to pytanie wymagało tego całego wstępu powyżej. Ten kawałek śpiewu/melorecytacji/improwizacji/czytania/mowy nie jest nastawiony na wywoływanie tego, czy innego stanu emocjonalnego. Spośród wszystkich funkcji, przekazów i intencji tylko częściowo realizuje nawet założenia estetyczne. Także co do zgodności formy z treścią raczej ciężko jest mieć nadzieję, że tekst tej rangi może zostać „dobrze” wykonany. W zasadzie każde sięgnięcie artysty po Biblię/Torę jest formą świętokradztwa. O co w takim razie chodzi? O to, o czym pisałem powyżej: o funkcję otwarcia. Proszę posłuchać i powiedzieć, czy mi się udało ją zrealizować.

01 czerwca 2015

Kobiecość i męskość, czyli tekst politycznie niepoprawny

Niestety polityka psuje idee z których żyje, jednak to nie powód, żebyśmy także my o tych ideach zapominali lub je wypaczali, dlatego że ktoś je zużywa w swoich celach osobistych, społecznych, politycznych albo biznesowych. Przypomnijmy zatem dwie z nich: kobiecość i męskość.

Przyzwyczailiśmy się, że religia służy do pocieszania nas. Religijność i skłonność do wiary w „coś ponad nami” są naturalne, więc jeśli po jakimś etapie zerwania z wyższymi ideami wracamy do nich – czujemy ulgę, spokój i pocieszenie. Parafrazując, można powiedzieć, że człowiek jest zwierzęciem religijnym. Jednak słodycz nie trwa długo, bo z czasem trzeba wziąć się za trudne teksty, czytać je i rozumieć. Biblia pokazuje drogę, choć nie drogę na skróty, więc czasem trzeba trochę pogłówkować. Jeśli Biblia nie zaczyna się słowami „I Bóg stworzył człowieka, który będzie zawsze szczęśliwy” (a nie zaczyna się tak i bynajmniej tak nie kończy), to znaczy, że sprawa nie jest tak prosta, a do sielanki nam daleko. A zanim do niej dotrzemy czeka nas trochę poznania, wiedzy i wysiłku, potu, łez i krwi.

Antropologia


Biblia jest przepisem na stworzenie człowieka. Bóg dał nam umiejętność rozumienia tekstu, a następnie dał Biblię/Torę, żebyśmy ją czytali. Biblia jest logiczna, dlatego zaczyna się od rzeczy ogólnych, fundamentalnych, powiedziałbym nawet, że od rzeczy znajdujących się poniżej jakichkolwiek archetypów. (W tym miejscu prosiłbym o otworzenie Biblii na pierwszej stronie i przeczytanie jej od początku aż do siódmego dnia stworzenia – to krótki i ciekawy fragment). Wiedza duchowa, która przyszła do Europy ze Wschodu mówi dokładnie o tym, co właśnie przeczytaliśmy. W tym fragmencie jest i ZEN i czakry i bóstwa natury i pogody, a nawet wierzenia Azteków. Trzeba się tylko mocno skupić, żeby to odnaleźć. Oczywiście, chwilę to Państwu zajmie, więc ja w tym czasie przejdę do innych rzeczy. Proszę zwrócić uwagę, że stworzenie człowieka, a następnie Szabat, który dostaliśmy od Boga zajmuje aż siedem oddzielnych dni. Co więcej, ranga tych dni, czy w ogóle ranga „dnia” jest wyeksponowana znacznie ponad to, jak zwyczajowo traktujemy dzień. Dzień w Księdze Rodzaju/Bereshit zaczyna się i kończy konkretnie. W tekście o tak dużej wadze znaczeń same informacje o tym, że dzień taki a taki minął zajmują sporo miejsca – jeśli tak, to zapewne jest to ważne. Co więcej, dzień jako taki został także stworzony/zdefiniowany (pierwszego dnia). Co to znaczy? Zapewne to, że sam czas i skupienie na określonych rzeczach w jednym momencie (okresie) ma sens dla efektów pracy. Innymi słowy, rzeczy, które trwają tydzień nie da się nijak zrobić w jeden dzień, ani w pięć dni, ani w trzy, ale właśnie w siedem. I ta struktura czasowa wprowadza ład i zmusza nas do spokoju. Jak głęboki i wieloznaczny jest opis stworzenia świata/człowieka? Odpowiedź brzmi: bardzo głęboki i bardzo wieloznaczny. Każde z wydarzeń opisanych w kolejnym dniu jest wielkie, skomplikowane i trudne do wykonania. Tak jak budowa domu wymaga czasu i pracy, a jego elementy nie mogą być przyniesione gotowe w kieszeni murarza, tak i kreacja człowieka musi zająć czas i odbyć się tu i teraz (czytaj: w człowieku). Co oznacza, że doszliśmy o antropologii. Magiczne w opisie stworzenia świata jest to, że mówi on przez rzeczy kojarzące się z kosmosem i fizyką. I owszem, na pewno tak jest, ale kosmos w tym opisie jest raczej metaforą, którą należy zwrócić na człowieka, czyli na samego siebie. Każdy dzień tworzy we właściwym porządku pewną warstwę budulca, który następnie zostanie użyty w tworzeniu kolejnej warstwy, od pierwszego dnia, aż do siódmego... no i oczywiście jeszcze dalej przez całą Biblię. No dobrze, ale czy to musi być tak skomplikowane i literacko wymagające? Owszem. A to dlatego, że gdyby ten opis był stricte techniczny, to nie udałoby się na jego podstawie stworzyć człowieka posiadającego duszę, a raczej manekina, albo cyborga. A my nie jesteśmy kukłami, tylko czującymi, złożonymi istotami szukającymi miłości i sprawiedliwości, nieprawdaż? Dlatego musi być ciężko.

Kobieta i Mężczyzna


Kilka tysięcy lat po stworzeniu Adama i Ewy przyszedł czas na Króla Salomona i Sulamitkę. Skłonność do ekstrapolowania tych postaci na całość rodu żeńskiego i męskiego jest powszechna i nie będę Państwa do tego mozolnie przekonywał. Dość powiedzieć, że Wikipedia podaje kilka różnych interpretacji i całą serię alegorii w podziale na Izrael i Kościół. Polecam przeczytać ten przegląd myśli na temat „Pieśni nad Pieśniami”, jednak nie radziłbym zbytnio się na nich zatrzymywać. Z jednego powodu: nie opierają się na całościowym rozumieniu tekstu. Można powiedzieć, że po podzieleniu na małe fragmenty każdy tekst jest „łatwy” do zrozumienia, bo skoro rozluźnimy połączenia między kolejnymi pieśniami i wersami, to możemy dowolnie stosować różnorakie konteksty i podejścia do osobnych części. I udowodnić dokładnie to, co chcemy, a raczej udowodnić cokolwiek, byle nie okazało się, że niczego nie udowodniliśmy. Takie jest podejście „akademickie” i nie jest ono bynajmniej rozwijające, bo nie skupia się na sensie, ale na badaniu i poszukiwaniu sensu, poszukiwaniu i poszukiwaniu i poszukiwaniu i tak z semestru na semestr poszukiwaniu dla kolejnej grupy studentów i czytelników. Nas jednak interesuje to, co jest zawarte w tekście, a nie fakt, że w ogóle coś w nim jest zawarte i że to coś daje nam pole do swobodnej gry wyobraźni i asocjacji. Potrzebujemy odrobiny krytyki, dyscypliny i bardzo dużo analizy. A ostatecznie także syntezy.
„Pieśń nad Pieśniami” jest tekstem scenicznym, jest dialogiem, częściowo tylko skierowanym do publiki/chórów/otoczenia/świata. W zasadzie jest rozmową kobiety z mężczyzną. Jest często cytowany we fragmentach (powód, jak powyżej), ale rzadko w całości. W całości jest już raczej tylko „czytany”, bo podobnie jak „papier zniesie wszystko”, tak i widz, któremu aktor coś „czyta”, też zniesie wszystko. Załóżmy jednak, że tekst „Pieśni nad Pieśniami”/Shir haShirim nie jest tylko skarbnicą cytatów, ale całością ze swoim sensem i kompletnym przekazem. Podobnie jak Księga Rodzaju/Bereshit prowadzi przez sześć/siedem dni do człowieka, tak „Pieśń nad Pieśniami” prowadzi do zrozumienia celu i założonych funkcji kobiecości i męskości.

Braki


Podstawową treścią „Pieśni nad Pieśniami” jest brak, niekompletność, potrzeba drugiej osoby, pragnienie kobiety i pragnienie mężczyzny. Czemu logika pragnienia i łaknienia nie miałaby mieć sensu w przypadku przyciągania się płci? Czemu, gdy chcemy jeść, to potrzebujemy pokarmu, którego (na logikę!) akurat nie mamy w żołądku, a w przypadku kobiety i mężczyzny mielibyśmy chcieć czegoś, czego nie potrzebujemy, bo mamy wszystko? Zatem drogą do zrozumienia tekstu „Pieśni nad Pieśniami” i fenomenu kobiety i mężczyzny jest zrozumienie, że to, co ma druga strona, to jest właśnie to, czego my nie mamy. Naprawdę, faktycznie nie mamy tego. Najprostsze dowody na to znajdą Państwo stając przed lustrem. „Ech” - pomyślisz sobie teraz, Drogi Czytelniku. „Ech, tyle się naczytałem, żeby dowiedzieć się czegoś tak oczywistego i już na oko widać, że nic mądrego dalej nie będzie”. Czytaj dalej, Drogi Czytelniku, może jednak będzie, bo właśnie doszliśmy do tego, co jest tak niepoprawne politycznie. Do braku równości między płciami.

Seks i genitalia


Całościowa i rozumna antropologia zawiera funkcjonowanie człowieka w kulturze, społeczeństwie, rodzinie, erotykę, emocje, dążenia i motywacje działań. Ale także anatomię i morfologię. Narodziny naszej osobniczej tożsamości zaczynają się od dojrzewania seksualnego. Pierwszy wstyd, pierwsze reakcje, których nie kontrolujemy, a jednak są tak silne, że nas kształtują. Zabawa się zaczyna, jednak uśmiech schodzi z naszej twarzy, gdy okazuje się, że romantyczna miłość mija. Że partner/partnerka chce czegoś innego niż my, a na domiar złego proste, wydawałoby się, pragnienie posiadania drugiej osoby prowadzi do psychologicznych zawiłości, problemów i długotrwałych okresów „pracy nad sobą”. I dokładnie tak miało być. Seks jest impulsem, jednak nie seks jest odpowiedzią na miarę człowieka. Dalej jest jeszcze serce, umysł i kilka innych części naszego ciała, ducha, naszej istoty.
Seksualność i różnice w budowie płci są ważne i niezaprzeczalne. Są też w pewnym sensie okrutne, bo przecież prowadzą do zawodów miłosnych, nieprzespanych nocy i niekończących się lawin i łańcuchów myśli. Czemu Bóg tak zrobił, że nie mamy czegoś i musimy tego szukać w innym człowieku? Ale przecież to jest także piękne! Gdy spotykamy osobę, z którą jesteśmy blisko, czujemy się spełnieni, pożądani i akceptowani. Czujemy, że możemy przenosić góry i że nasza osoba jest w stanie sprostać całemu światu. To jest wielkość człowieka, a raczej zapowiedź tej wielkości. Niestety później następuje rozstanie i pozostajemy ze swoimi refleksjami. Szukamy dalej i po jakimś czasie znowu znajdujemy kogoś, kto da nam cząstkę siebie. Budujemy się. Wiele osób w pewnym momencie rezygnuje z poszukiwań osoby, która da mu szczęście, bo suma strat i cierpień nie daje się skompensować krótszymi lub dłuższymi chwilami uniesień. Poszukiwanie sielanki przestaje w ogóle mieć sens. Jednak jeśli do siebie i swojego życia podejdziemy w sposób odważny, może nieco szalony, ale niezaprzeczający pamięci o tym, co było, i czego pragniemy, to zauważymy, że relacje pozostawiają w nas kolejne otwarte furtki. Powiększają naszą perspektywę i rozwijają. Proszę zwrócić uwagę, że płeć człowieka w łonie matki, a także niemowlęcia jest niemal nie do rozpoznania wizualnie. Podobnie, osoby starsze – z czasem ich zewnętrzne cechy płciowe stają się mniej wyraziste niż u dwudziestolatków. Czy nie znaczy to, że seksualność i płciowość jest jedynie jednym z elementów naszego rozwoju, mającym swój czas i funkcję? Krótko mówiąc, seksualność ma nas czegoś nauczyć. Ale żeby nas mogła czegoś nauczyć, nie możemy jej negować, nie możemy negować różnic między płciami. Jesteśmy na drodze do zrozumienia sensu naszej płci, istnienia drugiej płci, ale jeśli tę tajemnicę mamy rozwiązać, to przynajmniej zauważmy jej odrębność i nie zaprzeczajmy cechom, które posiadamy. To na początek, może nawet na długi początek. Bądźmy świadomi i dumni ze swojej kobiecości i męskości. Zacznijmy od tego, co mamy, zanim dostaniemy więcej.

Drugi krok


Wznieśmy się na poziom, w którym uznajemy, że zostaliśmy stworzeni w jakimś celu. Weźmy do siebie każdy z sześciu/siedmiu dni stworzenia i pomyślmy, co czujemy czytając je. Co najmniej zagubienie i niezrozumienie. Kolejność dni stworzenia nie jest oczywista. To, co wydarza się w każdym z kolejnych dni jest niezrozumiałe, a rabini i teologowie łamią sobie nad tym głowy od tysięcy lat. Nie jest łatwo. Ale czy na pewno? A może nie jest łatwo, tylko wtedy, gdy sądzimy, że „zrozumiemy”. Może niepotrzebnie szukamy takiego poziomu teoretycznego zrozumienia, w którym możemy spokojnie usiąść w fotelu i powiedzieć: „,może być, ale ja zrobiłbym to lepiej”. A przecież w tej całej zabawie w życie nie jesteśmy stwórcami, tylko stworzeniami. Mamy instrukcję, według której Bóg nas stwarzał i możemy poznawać i stwarzać siebie na nowo i budować siebie. Mamy nawet przymus robienia tego, te nieprzespane noce i zapłakane oczy, zachwyty i uniesienia są na to dowodem. Nie panujemy nad sobą tak bardzo, jak to twierdzi pani z telewizora i pan na youtube. Podlegamy prawom i powinniśmy z pokorą je przyjąć i poznać. Może dzięki temu z czasem je przekroczymy.

Człowiek


Gdy widzimy różnice w zachowaniu, wyglądzie, funkcjonowaniu i systemie wartości mężczyzny i kobiety ogarnia nas pusty śmiech. Jak to możliwe, że ludzie, których do siebie tak bardzo coś przyciąga mogą różnić się aż tak bardzo? Jaki to ma sens? Ogromny! Bezsensowne byłoby istnienie dwóch płci, które byłyby do siebie podobne. Po co stwarzać dwie płcie, które nie wnoszą sobą czegoś odrębnego i nie powiększają sumy bogactwa i różnorodności człowieczeństwa? Tak musi być. Ale może celem istnienia płci jest także jakaś nauka o nas samych. Może każdy z nas powinien i musi odnaleźć w sobie także tę drugą stronę? Może za każdym razem gdy pociąga na płeć przeciwna, za każdym razem, gdy ponosimy porażkę w związku, ale także, gdy przeżywamy w nim coś pięknego, tak naprawdę to Bóg mówi do nas krzykiem, albo szeptem: szukaj dalej, właśnie dostałeś kolejny wzorzec i kolejną wskazówkę. Może druga płeć jest także instrukcją dla nas jak żyć i jakim/jaką być?