18 marca 2018

Kaja i Lusia (dalszy ciąg) - psychozabawa


Co? Koniec? Tak szybko? A co było dalej? - zapytacie kochane dzieci. No tak - koniec, żyli długo i szczęśliwie i koniec bajki. Czego można chcieć więcej w tych jakże trudnych czasach? Nie wszyscy, co prawda wyszli ze śpiączki i nie wszyscy rozwiązali swoje problemy biznesowo-finansowe, ale jednak żyli dalej dość długo i w miarę szczęśliwie. KONIEC.
Proszę pana, proszę pana, a nie mogłoby to się skończyć trochę lepiej?
No dobrze, niech wam już będzie. Posłuchajcie dalej.

Kolega Kacpra Bartek był studentem politechniki. Od dzieciństwa miał smykałkę do tworzenia różnych mniej, bądź bardziej użytecznych wynalazków. A to udoskonalił łapkę na myszy, a to zwiększył wydajność mechanizmu otwierającego bramę w garażu taty, a to poprawił jakość oświetlenia w piwnicy. Ciągle coś ulepszał i naprawiał, oliwił, wzmacniał, wymieniał części na sprawniejsze, dodawał, zastępował, ogólnie mówiąc – naprawiał świat.

Któregoś wieczoru Kacper był u Bartka w domu. Siedzieli w kuchni pijąc herbatę. Była także mama Bartka. Kacper zwykle opowiadał im najciekawsze wydarzenia ze swej pracy lekarza. Tym razem zdecydował się opowiedzieć o Lusi i o jej tajemniczej śpiączce, którą trudno było zdiagnozować.
- Wylewy do mózgu wchłonęły się poprawnie, tomografia nie pokazuje nic konkretnego. Jest piękną, wyjątkową dziewczyną.... – zakończył opowieść Kacper nieco się rozmarzając.
Mama Bartka spojrzała na Kacpra z czułością. Westchnęła i powiedziała:
- Może ja mogłabym coś poradzić.
- Pani? A co pani mogłaby zrobić?
- Wiesz, Bartku. Czasem nasze choroby nie mają racjonalnego, organicznego uzasadnienia...
- Co pani ma na myśli? Że to duchy???
- Nie wiem, ale jeśli coś jest niewytłumaczalne, to znaczy, że trzeba zmienić sposób myślenia, perspektywę. A wtedy może się okazać, że sekret ma jednak rozwiązanie.
Bartek spojrzał zdumiony na Kacpra. Ten nabrał powietrza i powiedział:
- Słuchaj, nigdy ci nie mówiłem, ale moja mama zajmuje się trochę, tym... no... ziołolecznictwem...
- …i astrologią i kabałą i jeszcze paroma innymi rzeczami – weszła w słowo synowi mama Bartka, ku kompletnemu zaskoczeniu Kacpra.
- No nie wiem – zaczął Kacper, gdy już do niego dotarło, do czego zmierza mama Bartka – nie jest pani pracownikiem szpitala. Nie wiem, czy wolno by mi było korzystać z pani pomocy, ani nawet, czy powinna pani przychodzić do chorej. Jest pani obcą osobą.
- Masz może jej zdjęcie? - Mama Bartka nie chciała tracić czasu. Czuła ten dziwny rodzaj ciekawości połączony z intuicją, że istnieje rozwiązanie problemu.
Kacper poruszył się nieswojo, po czym sięgnął do kieszeni po telefon, odszukał zdjęcie Lusi i podał mamie Bartka.
Mama Bartka przybliżyła telefon ze zdjęciem nieco do twarzy, następnie odsunęła go na wyciągnięcie ręki i powiedziała:
- To nie jest śpiączka.
Kacper zaniemówił ze zdziwienia połączonego z oburzeniem.
- Jak to nie? Ona jest śpiączce, sama pani widzi. Leży tak już ponad miesiąc – próbował racjonalizować całą sytuację – jeśli to nie śpiączka, to co to jest?
- Nie wiem, ale ona ma poważne kłopoty duchowe. I mam wrażenie, że stoi na progu jeszcze większych problemów – powiedziała pewnym siebie, ciepłym głosem mama Bartka.
- Chce pani powiedzieć, że jest jakiś sposób na wybudzenie jej z tej śpiączki? - Kacper ulegał powoli autorytetowi mamy kolegi.
- Czy da się ją wybudzić, to nie wiem. Ale możliwe, że gdybyśmy jakoś pomogli jej w duchowych problemach, to jej sytuacja się polepszy. Być może także jej zdrowie. Jest jakaś szansa. Zgodziłbyś się, żebym do niej pojechała i się nad nią pomodliła?
- Ale co pani ma na myśli? Jakiś egzorcyzm? - Kacper był tak zaskoczony, że gotów był tę całą rozmowę uznać za dowcip.
- Nie, żaden egzorcyzm. Zwykła modlitwa oczyszczająca. A do tego kilka błogosławieństw. To jeszcze nikomu nie zaszkodziło – mama Bartka mówiła wyjątkowo wolno i spokojnie nie chcąc spłoszyć doktora Kacpra.

Spotkali się po dwóch dniach w szpitalu. Mama Bartka nie zabrała ze sobą żadnych atrybutów, postarała się też ubrać tak, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Nie chciała robić Kacprowi kłopotów, a jego samego niepokoić podczas modlitw nad chorą.
Po zakończeniu rytuału powiedziała cichym głosem:
- Chodźmy do nas porozmawiać na spokojnie.
Usiedli w milczeniu na kanapach w dużym pokoju. Mama Bartka układała sobie w głowie to, co miała powiedzieć chłopakom.
- Co wiesz o tej dziewczynie? - zapytała zaskoczonego kolejny raz Kacpra.
- Właściwie to nic. Ma bardzo normalnych rodziców, często przyjeżdżają, oferują pomoc. Przywożą świeże kwiaty i wychodzą.
- A coś więcej o samym wypadku?
- Po prostu wypadek. Samochód wjechał z dużą prędkością na chodnik. Odrzuciło ją na kilka metrów i upadła głową na beton.
- A sprawca wypadku? - dopytywała mama Bartka budując sobie w głowie obraz sytuacji.
- Starszy człowiek. Policja go przesłuchała i wypuściła. Będzie miał sprawę w sądzie. Kacper nie wiedział wiele więcej i nie widział związku między modlitwami, a wypadkiem, który doprowadził do śpiączki jego „śpiącą królewnę”.
Mama Bartka westchnęła.
Bartek wyciągnął długopis i zaczął coś notować.
- Masz telefon do ojca Lusi? - znienacka zapytała Kacpra mama Bartka.
- Mam. A dlaczego? - Kacper był zdezorientowany.
- Jeszcze nie wiem, ale sądzę, że oni mają jakiś problem rodzinny. Myślę, że...
Nie zdążyła dokończyć, bo w tej chwili odezwała się komórka Kacpra.
- Przepraszam, to ze szpitala – powiedział odbierając telefon Kacper.
- Tak... rozumiem... oczywiście... nie, zaraz będę – rozmowa ze szpitalem była krótka i rzeczowa.
- Lusia się wybudza – powiedział opadając głębiej na kanapę. Po chwili wstał mówiąc - Pojadę do niej. Dziękuję – to ostatnie było skierowane do mamy Bartka.

- Kaja, co ty tu robisz? - zapytał zdziwiony Kacper widząc swoją siostrę przy łóżku Lusi.
- Nie wiem, słuchaj, coś mi kazało tu przyjechać. Położyłam się na chwilę spać i miałam taki realistyczny sen, że muszę tu przyjść – odpowiadała rwąc myśli Kaja.
Kacper nachylił się nad Lusią, wyjął latarkę i zaświecił jej w oczy. Reakcje źrenic były prawidłowe.
- Jak się pani czuje? - zapytał ze ściśniętym gardłem.
- Dobrze. Gdzie ja jestem? - Lusia zdawała się być całkowicie świadoma.
- W szpitalu, niech się pani nie martwi. Wszystko jest w porządku. Dobrze, że się pani obudziła...
- Co? - Lusia rozejrzała się po pokoju, spojrzała na okno, po czym zapytała niepewnym głosem – jak długo tu jestem?
Kacper milczał chwilę. Po czym powiedział nie kryjąc szczerego uśmiechu – prawie półtora miesiąca.

KONIEC (tym razem już naprawdę)

Pytania.
1. Dlaczego historia nie skończyła się tak prosto, że Kaja daje Lusi pieniążek?
A. Bo w tej historii nie chodzi o arytmetykę, tylko o magię.
B. Bo w życiu nigdy tak prosto nie jest.
C. Bo Kacper mógłby nie mieć okazji zakochać się w Lusi.
D. Bo do rozwiązania problemu była potrzebna mama Bartka.
E. Bo to nie jest jeszcze cała historia.

2. Co naprawdę zrobiła mama Bartka?
A. Wezwała Kaję, żeby problemy dziewczyn wzajemnie się „zniosły”.
B. Uruchomiła proces zdrowienia.
C. Zrobiła egzorcyzm wbrew temu, co zapowiadała.
D. Pomodliła się do Boga.

3. Czy w opisanej historii widzisz więcej przyczynowości, czy skutkowości?
A. Wobec Kai skutkowość, wobec Lusi przyczynowość.
B. Wobec Lusi skutkowość, wobec Kai przyczynowość.
C. Przyczynowość u Kacpra i Bartka.
D. Przyczynowość mamy Bartka i skutkowość u rodziców Lusi.
E. Skutkowość w rodzinie Lusi, przyczynowość w rodzinie Bartka, jedno i drugie w rodzinie Kai i Kacpra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz