18 października 2015

Zło i dobro, czyli o teatrze

Nie, to nie będzie tekst o moralności we współczesnym teatrze, o obniżającym się szacunku reżysera do widzów i o degrengoladzie sprowadzającej seks do sensacji na scenie.

Rozmawiałem ostatnio z moim dobrym kolegą o teatrze. I on, jak zwykle za Tadeuszem Kantorem: celem teatru powinno być wzruszenie. A ja na to: tak, płacz!

I tu wchodzimy na drogę rozważań o tym, że współcześnie dobre – to to, co miłe, a złe, co niemiłe. Taki jest współczesny świat z jego ubezpieczeniami, iphone'ami, like'ami i „yes”. Z wazeliniarstwem, tchórzostwem i strachem o szeroko rozumiany byt w kawiarniach sieciowych Stolicy.
Tymczasem płacz jest „zły”. Płacz stoi za wzruszeniem i za bólem. Jak przybliżyć się w teatrze do tego, co może prowadzić do łez, skoro wykrzykując „wow”, „mega”i „ale ekstra” kreujemy raczej wrażenie na otoczeniu, niż wyrażamy swoje własne uczucia? Skoro złem jest także konsternacja i niewygoda, świadomość problemu i kłopot z rozwiązaniem go, a dobrem lekkość, łatwość i przyjemność, a zatem bezproblemowość, sielanka i luz, najlepiej totalny luz? Jak z luzu przejść do wzruszenia, które tak blisko wilgotnych oczu? Może rozwiązaniem jest właśnie teatr i tylko teatr, do którego przychodzimy bez planu, bez wiedzy o tym, co możemy zobaczyć na scenie, nie przewidując sprytu reżysera, który z naszymi emocjami zrobi, co zechce. Skoro tam przychodzimy i oddajemy aktorom, na czas spektaklu, władzę nad przestrzenią i w dużym stopniu nad tym, co dociera do naszych zmysłów, a także nad rytmem i czasem, to może przyszliśmy się wzruszyć w milczeniu, w towarzystwie obcych osób siedzących, tak jak my na widowni, złaknionych odrobiny uczucia. Gdzie, jeśli nie w teatrze, drugi człowiek może z normalności przejść do granicy swojej strefy komfortu i pokazać nam, że istnieje coś jeszcze, coś ponad, coś obok, albo coś poniżej naszej codziennej egzystencji? Owszem, teatr do tego się nadaje i do tego został stworzony.

Po co płacz, po co wzruszenie?


Zatem wybieramy się do teatru, jedziemy do niego, spędzamy w nim dwie godziny i wracamy do domu ze wspomnieniem wzruszenia, którego doznaliśmy – w najgorszym przypadku doznał go nasz sąsiad na fotelu obok, a my skonstatowaliśmy, że takie coś jak wzruszenie w ogóle istnieje. Dobre i to, choć trochę mało jak na wiele miesięcy pracy reżysera z aktorami i jak na połowę, albo cały wieczór z naszego życia. Więc o co naprawdę chodzi z tym wzruszeniem? Weźmy przykład. Niewidoma dziewczynka, o niezbyt atrakcyjnym wyglądzie wychodzi na scenę talent show i zaczyna śpiewać. Śpiewa tak mocnym, czystym i przekonującym głosem, że zapiera nam dech w piersi. Gdy spoglądamy na nią i widzimy wciąż tę samą niepełnosprawną osobę, która bez trudu, bez napięcia i walki ze sobą osiąga coś tak pięknego – jesteśmy u szczytu wzruszenia. Dlaczego? Dlatego, że uświadamiamy sobie, jak wiele cudownych rzeczy jest możliwych. Uświadamiany sobie także, że wszystko, co na co dzień uznajemy za dobre i piękne: lekcje śpiewu, błysk w oku, piękny uśmiech, miesiące pracy z profesjonalistami, oprawa, pieniądze, organizacja, itd. itd. są na nic. Istnieje inny świat, z innymi ludźmi, którzy po prostu śpiewają tak, że ulatujemy ze swoich miejsc, a widząc, jak przy tym są zwykli, a nawet słabi – serce chce nam pęknąć. Czemu? Temu, że na co dzień ten świat nie istnieje. Ba, na co dzień nawet my sami zaprzeczamy możliwości istnienia takich zjawisk. W drodze do „równowagi” i „normalności” zdeptaliśmy swoje marzenie o pełni piękna. Zadowoliliśmy się tym, co mizerne, a tu przychodzi niewidoma dziewczynka i pokazuje nam jak bardzo w zasięgu ręki jest coś więcej niż tylko „wow”, „mega”, „ale ekstra”. Pokazuje nam piękno, harmonię i wielkość człowieka, choć ma do dyspozycji tylko swoje niepozorne ciało niepełnosprawnej osoby. WOW! Ale czemu wtedy płaczemy? Z żalu, że się okradamy każdego dnia z czegoś tak pięknego jak naturalność, człowieczeństwo, normalność, miłość, itd. Z żalu, że za płotem trawa jest naprawdę tak niesamowicie zielona, a my robimy wszystko, żeby nasza była brudno-bura, a płotu, żeby w ogóle nie było widać. Z żalu, że niszczymy siebie i że zamykamy się na nasz ludzki rozwój. To jest powód do płaczu.

Pewien hiszpański poeta powiedział: „Piękno jest być może jedyną rzeczą, przed którą nie cofną się tchórze”. Być może ludzie, którzy przychodzą do teatru szukają w nim tego piękna bez względu na to, czy są odważni, czy nie. Może przychodzą tam, żeby zmienić swój system wartości i powrócić do nazywania rzeczy wielkich i pięknych dobrymi, a miernych i nijakich złymi. I żeby uwierzyć, że to dobro jest także w zasięgu ich ręki, a jeśli nie, to może chociaż w zasięgu kroków ich nóg.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz