20 października 2015

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 3)

Aktor ma do zrobienia dwie rzeczy: stworzyć postać na podstawie tekstu i wystąpić przed publicznością (względnie przed kamerą). Ma też dwóch wrogów, wewnętrzną strefę komfortu, która rozleniwia go, pozwala na inercję emocjonalną i brak kontaktu z własnymi uczuciami i drugą stronę strefy komfortu, która ogranicza, krępuje i nie pozwala wyjść poza siebie, poza utarty sposób działania, patrzenia na ludzi, przestrzeń, rekwizyt i własną ekspresję. Pierwsza - wewnętrzna strona strefy komfortu utwardza, znieczula, zaprzecza naturalnym reakcjom i impulsom, druga – każe poddać się otoczeniu, postępować schematycznie i ulegać instynktowi stadnemu. Paradoksalnie, to ta druga strona strefy komfortu, „zewnętrzna” przeszkadza bardziej w przygotowaniu roli i pracy z tekstem. Ta wewnętrzna ujawnia się podczas konfrontacji z widzem, spłaszcza postać, którą gramy, często niszczy wiele tygodni ciężkiej pracy i cofa nas do punktu wyjścia. Dlaczego tak jest? Dlatego, że najwięcej odwagi wymaga od nas pierwszy kontakt z tekstem i formowanie w umyśle i działaniach nowej postaci. To wtedy musimy „wyjść z siebie” i stać się kimś innym, narazić się na ryzyko dezintegracji, śmieszności, wykonać krok w nieznane, a często także w to, co trudne. Wtedy to „zdrowy rozsądek” krzyczy: nie rób tego, nie szalej, nie ośmieszaj się, bądź ułożonym członkiem społeczeństwa, żyj spokojnie i bezpiecznie. W chwili, gdy po tygodniach i miesiącach prób jesteśmy już gotowi na konfrontację z widzem, a postać jest stworzona, te dylematy i walkę z własnym bezpieczeństwem mamy już za sobą, właściwie nie ma się czego bać, jedynie tego, czy widownia dobrze przyjmie spektakl i naszą grę. Zagrożenie dezintegracją w obliczu innych ludzi, który wiedzą, że jako aktorzy przekroczyliśmy już granicę „niebycia sobą” nie jest wielkie, skoro na próbach robiliśmy to już dziesiątki razy. Wtedy pojawia się coś bardziej osobistego, obawa przed ujawnieniem tego, co jest w głębi nas - wewnętrzna strefa komfortu. Wtedy mamy ochotę „odbębnić” robotę zaprzeczając tylu godzinom pracy na próbach. Wtedy mamy bezczelną śmiałość uznać, że widz nie zna się, nie zasługuje, albo nie jest w stanie docenić tego wielkiego, wewnętrznego świata, który jest w nas. Dwa różne etapy pracy, dwie różne strony strefy komfortu, a efekt ten sam: przestajemy być aktorami.

Wygrać ze strefą komfortu


Powróćmy do przykładu z siłownią. Mamy dwa etapy pracy: wysiłek (trening) i odpoczynek (regeneracja). W pierwszym etapie musimy przekroczyć swoją niewygodę, czasem ból mięśni, zacisnąć zęby, i (stopniowo) robić postępy w liczbie powtórzeń, seriach i obciążeniu. Druga faza jest zupełnie inna, jednak także wymaga umiejętności. Nie każdy potrafi zrozumieć wagę odpoczynku i pozwolić sobie na rozluźnienie i wytchnienie, zatem tego także należy się nauczyć, jeśli nastawiamy się na osiągnięcie założonych celów. Odpoczywać trzeba umieć, a kto nie umie, musi się tego nauczyć. Nauczyć się swoich reakcji, swojego ciała, tego jak reagują nasze emocje, umysł itp. Nie każdy potrafi zasnąć w towarzystwie obcych ludzi, rozluźnić się, uspokoić oddech, a to dlatego, że ta faza w odróżnieniu od wysiłku na siłowni jest osobista.
To samo czeka nas w przekraczaniu strefy komfortu, która wiąże nas z obu stron, w podróży do wewnątrz i na zewnątrz. Ku sobie samemu i ku światu innych ludzi, postaci, ku pełni. A skoro wzruszenie widza jest celem spektaklu i naszej gry, to zapewne i wzruszenie nas samych otwiera nam drogę do nas samych.

Do wewnątrz


Jeśli elementem wzruszającym widza ma być w spektaklu nasze człowieczeństwo i głębia, musimy wcześniej nauczyć się sięgania po to, co głębokie, delikatne i kruche w nas samych. Droga do tego prowadzi przez bariery, które krępują nasze serce i w ogóle ciała przed ujawnieniem jedności i zerwaniem obron i uzbrojenia mentalnego, którego uczy nas codzienne życie. To, co nas wzruszy, to nasza własna delikatność i człowieczeństwo, w rozumieniu siły charakteru, który nie wyklucza tego, co słabe i subtelne, ale pozwala iść dalej czując emocje odkrywające nas samych. Dlaczego miałoby to być wzruszające, skoro to brzmi raczej jak niepotrzebne torturowanie siebie samego na kozetce psychiatry-psychopaty? Dlatego, że to oznacza powrót do najbardziej naturalnych, prostych i zdrowych uczuć, takich jak te, które znaliśmy w dzieciństwie, w beztrosce i pełni czucia. Jako dorośli ludzie w większości (nie wszyscy w jednakowym stopniu) tracimy tę dziecięcą naiwność czucia i przeżywania naszych uczuć i podążania za impulsami serca. To odkrycie, że możemy być jak dzieci jest właśnie tak wzruszające. Uproszczenie nas samych, które faktycznie jest wzbogaceniem, a nie utratą czegokolwiek, co podpowiadałyby nasze role społeczne i umysł. To jest zapomniany świat, który był z nami, a jednak ukryty przed nami prze wiele lat. I wzruszy nas to, że tę wrażliwość możemy odzyskać i używać jej w naszym życiu mimo wieku i drogi, którą przeszliśmy od dzieciństwa.

Na zewnątrz


Tu jest jeszcze gorzej. Jak i po co nauczyć się nie być sobą? W drodze to przełamania strefy komfortu na zewnątrz bardzo pomaga potrzeba rozwoju, zainteresowanie innymi ludźmi, wiara, że każda postać może wzbogacić nas samych, a przede wszystkim wiara w to, że każdy człowiek ma naturę taką samą jak inni ludzie. Ten ostatni warunek jest niezbędny do tego, żeby przestać się bać rozdwojenia jaźni podczas pracy nad autentycznym przeistoczeniem się w graną postać. Innymi słowy, musimy być pewni, że postać, którą zamierzamy grać jest ludzka i nawet mimo swoich złych (a może po prostu bardzo różnych niż nasze) cech, jest w jakimś stopniu integralna. Jeśli postać jest dobrze zbudowana przez dramaturga i nie popsuta przez reżysera, to jest szansa, że da się ją zagrać i nie trafić później do szpitala psychiatrycznego. Z tego powodu należy walczyć o postać z reżyserem, bo ostatecznie my- aktorzy mamy o niej wiedzieć wszystko, reżyserowi do jego montażu wystarczą sceny, które zagramy. Czy w tej pracy także nas czeka coś trudnego? Może wzruszenie? Tak, wzruszenie, gdy osiągniemy cel, ale także strach zanim do tego dojdzie. I to nie ten strach w stylu „boję się pokazać prawdziwego siebie”, ale prawdziwy strach przed utratą siebie, niemal przed śmiercią. Strach strach. Człowiek jest w stanie zrobić coś, czego nie dokona żadne zwierze: przekroczyć siebie, powiększyć, a nawet pomniejszych siebie samego tak bardzo jak tylko mu się spodoba. Wszystko jest tylko kwestią pracy i czasu oraz odwagi. Co jeszcze nas czeka? Utrata mądrości. Bardzo lubimy wiedzieć, a nasza postać, jeśli ma być autentyczna, musi nie wiedzieć tego, czego nie wie. Ba, może być nawet bardzo przekonująco głupia i w różny sposób kompensować to sobie, albo udawać przed otoczeniem mądrzejszą, niż jest. A do zagrania takiej postaci potrzebna będzie pokora i zgoda na pokazanie słabości. Wszystko to są elementy strefy komfortu, która utrzymuje naszą egzystencję na pewnym poziomie społecznym. Musimy nauczyć się to tracić. Deformować siebie, powiększać i pomniejszać. Katorżnicza praca pozostawiająca po sobie rozwój, jeśli jest wykonywana w zgodzie ze sobą, ale może prowadzić także do problemów (psychicznych), jeśli zapomnimy o miłości. Miłość własna jest elementem niezbędnym w naszym życiu i nie wolno nam zapominać, że także nasza postać ją posiada. Błędem wielu reżyserów jest komponowanie postaci z przeczących sobie elementów i maltretowanie aktorów w celu zagrania postaci, która nie mogłaby istnieć. Miłość postaci do niej samej i nasza miłość do niej jest rozwiązaniem i drogą do zachowania zdrowia. Powodzenia.

Początek tekstu: Część 1
Poprzednia część (2)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz