20 października 2015

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 3)

Aktor ma do zrobienia dwie rzeczy: stworzyć postać na podstawie tekstu i wystąpić przed publicznością (względnie przed kamerą). Ma też dwóch wrogów, wewnętrzną strefę komfortu, która rozleniwia go, pozwala na inercję emocjonalną i brak kontaktu z własnymi uczuciami i drugą stronę strefy komfortu, która ogranicza, krępuje i nie pozwala wyjść poza siebie, poza utarty sposób działania, patrzenia na ludzi, przestrzeń, rekwizyt i własną ekspresję. Pierwsza - wewnętrzna strona strefy komfortu utwardza, znieczula, zaprzecza naturalnym reakcjom i impulsom, druga – każe poddać się otoczeniu, postępować schematycznie i ulegać instynktowi stadnemu. Paradoksalnie, to ta druga strona strefy komfortu, „zewnętrzna” przeszkadza bardziej w przygotowaniu roli i pracy z tekstem. Ta wewnętrzna ujawnia się podczas konfrontacji z widzem, spłaszcza postać, którą gramy, często niszczy wiele tygodni ciężkiej pracy i cofa nas do punktu wyjścia. Dlaczego tak jest? Dlatego, że najwięcej odwagi wymaga od nas pierwszy kontakt z tekstem i formowanie w umyśle i działaniach nowej postaci. To wtedy musimy „wyjść z siebie” i stać się kimś innym, narazić się na ryzyko dezintegracji, śmieszności, wykonać krok w nieznane, a często także w to, co trudne. Wtedy to „zdrowy rozsądek” krzyczy: nie rób tego, nie szalej, nie ośmieszaj się, bądź ułożonym członkiem społeczeństwa, żyj spokojnie i bezpiecznie. W chwili, gdy po tygodniach i miesiącach prób jesteśmy już gotowi na konfrontację z widzem, a postać jest stworzona, te dylematy i walkę z własnym bezpieczeństwem mamy już za sobą, właściwie nie ma się czego bać, jedynie tego, czy widownia dobrze przyjmie spektakl i naszą grę. Zagrożenie dezintegracją w obliczu innych ludzi, który wiedzą, że jako aktorzy przekroczyliśmy już granicę „niebycia sobą” nie jest wielkie, skoro na próbach robiliśmy to już dziesiątki razy. Wtedy pojawia się coś bardziej osobistego, obawa przed ujawnieniem tego, co jest w głębi nas - wewnętrzna strefa komfortu. Wtedy mamy ochotę „odbębnić” robotę zaprzeczając tylu godzinom pracy na próbach. Wtedy mamy bezczelną śmiałość uznać, że widz nie zna się, nie zasługuje, albo nie jest w stanie docenić tego wielkiego, wewnętrznego świata, który jest w nas. Dwa różne etapy pracy, dwie różne strony strefy komfortu, a efekt ten sam: przestajemy być aktorami.

Wygrać ze strefą komfortu


Powróćmy do przykładu z siłownią. Mamy dwa etapy pracy: wysiłek (trening) i odpoczynek (regeneracja). W pierwszym etapie musimy przekroczyć swoją niewygodę, czasem ból mięśni, zacisnąć zęby, i (stopniowo) robić postępy w liczbie powtórzeń, seriach i obciążeniu. Druga faza jest zupełnie inna, jednak także wymaga umiejętności. Nie każdy potrafi zrozumieć wagę odpoczynku i pozwolić sobie na rozluźnienie i wytchnienie, zatem tego także należy się nauczyć, jeśli nastawiamy się na osiągnięcie założonych celów. Odpoczywać trzeba umieć, a kto nie umie, musi się tego nauczyć. Nauczyć się swoich reakcji, swojego ciała, tego jak reagują nasze emocje, umysł itp. Nie każdy potrafi zasnąć w towarzystwie obcych ludzi, rozluźnić się, uspokoić oddech, a to dlatego, że ta faza w odróżnieniu od wysiłku na siłowni jest osobista.
To samo czeka nas w przekraczaniu strefy komfortu, która wiąże nas z obu stron, w podróży do wewnątrz i na zewnątrz. Ku sobie samemu i ku światu innych ludzi, postaci, ku pełni. A skoro wzruszenie widza jest celem spektaklu i naszej gry, to zapewne i wzruszenie nas samych otwiera nam drogę do nas samych.

Do wewnątrz


Jeśli elementem wzruszającym widza ma być w spektaklu nasze człowieczeństwo i głębia, musimy wcześniej nauczyć się sięgania po to, co głębokie, delikatne i kruche w nas samych. Droga do tego prowadzi przez bariery, które krępują nasze serce i w ogóle ciała przed ujawnieniem jedności i zerwaniem obron i uzbrojenia mentalnego, którego uczy nas codzienne życie. To, co nas wzruszy, to nasza własna delikatność i człowieczeństwo, w rozumieniu siły charakteru, który nie wyklucza tego, co słabe i subtelne, ale pozwala iść dalej czując emocje odkrywające nas samych. Dlaczego miałoby to być wzruszające, skoro to brzmi raczej jak niepotrzebne torturowanie siebie samego na kozetce psychiatry-psychopaty? Dlatego, że to oznacza powrót do najbardziej naturalnych, prostych i zdrowych uczuć, takich jak te, które znaliśmy w dzieciństwie, w beztrosce i pełni czucia. Jako dorośli ludzie w większości (nie wszyscy w jednakowym stopniu) tracimy tę dziecięcą naiwność czucia i przeżywania naszych uczuć i podążania za impulsami serca. To odkrycie, że możemy być jak dzieci jest właśnie tak wzruszające. Uproszczenie nas samych, które faktycznie jest wzbogaceniem, a nie utratą czegokolwiek, co podpowiadałyby nasze role społeczne i umysł. To jest zapomniany świat, który był z nami, a jednak ukryty przed nami prze wiele lat. I wzruszy nas to, że tę wrażliwość możemy odzyskać i używać jej w naszym życiu mimo wieku i drogi, którą przeszliśmy od dzieciństwa.

Na zewnątrz


Tu jest jeszcze gorzej. Jak i po co nauczyć się nie być sobą? W drodze to przełamania strefy komfortu na zewnątrz bardzo pomaga potrzeba rozwoju, zainteresowanie innymi ludźmi, wiara, że każda postać może wzbogacić nas samych, a przede wszystkim wiara w to, że każdy człowiek ma naturę taką samą jak inni ludzie. Ten ostatni warunek jest niezbędny do tego, żeby przestać się bać rozdwojenia jaźni podczas pracy nad autentycznym przeistoczeniem się w graną postać. Innymi słowy, musimy być pewni, że postać, którą zamierzamy grać jest ludzka i nawet mimo swoich złych (a może po prostu bardzo różnych niż nasze) cech, jest w jakimś stopniu integralna. Jeśli postać jest dobrze zbudowana przez dramaturga i nie popsuta przez reżysera, to jest szansa, że da się ją zagrać i nie trafić później do szpitala psychiatrycznego. Z tego powodu należy walczyć o postać z reżyserem, bo ostatecznie my- aktorzy mamy o niej wiedzieć wszystko, reżyserowi do jego montażu wystarczą sceny, które zagramy. Czy w tej pracy także nas czeka coś trudnego? Może wzruszenie? Tak, wzruszenie, gdy osiągniemy cel, ale także strach zanim do tego dojdzie. I to nie ten strach w stylu „boję się pokazać prawdziwego siebie”, ale prawdziwy strach przed utratą siebie, niemal przed śmiercią. Strach strach. Człowiek jest w stanie zrobić coś, czego nie dokona żadne zwierze: przekroczyć siebie, powiększyć, a nawet pomniejszych siebie samego tak bardzo jak tylko mu się spodoba. Wszystko jest tylko kwestią pracy i czasu oraz odwagi. Co jeszcze nas czeka? Utrata mądrości. Bardzo lubimy wiedzieć, a nasza postać, jeśli ma być autentyczna, musi nie wiedzieć tego, czego nie wie. Ba, może być nawet bardzo przekonująco głupia i w różny sposób kompensować to sobie, albo udawać przed otoczeniem mądrzejszą, niż jest. A do zagrania takiej postaci potrzebna będzie pokora i zgoda na pokazanie słabości. Wszystko to są elementy strefy komfortu, która utrzymuje naszą egzystencję na pewnym poziomie społecznym. Musimy nauczyć się to tracić. Deformować siebie, powiększać i pomniejszać. Katorżnicza praca pozostawiająca po sobie rozwój, jeśli jest wykonywana w zgodzie ze sobą, ale może prowadzić także do problemów (psychicznych), jeśli zapomnimy o miłości. Miłość własna jest elementem niezbędnym w naszym życiu i nie wolno nam zapominać, że także nasza postać ją posiada. Błędem wielu reżyserów jest komponowanie postaci z przeczących sobie elementów i maltretowanie aktorów w celu zagrania postaci, która nie mogłaby istnieć. Miłość postaci do niej samej i nasza miłość do niej jest rozwiązaniem i drogą do zachowania zdrowia. Powodzenia.

Początek tekstu: Część 1
Poprzednia część (2)

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 2)

Czym jest strefa komfortu? Jest to nasza wewnętrzna przestrzeń, w której mówimy o sobie, że jest nam dobrze, zespół stanów dnia, tygodnia i roku, w których czujemy, że my to my. Uznajemy w niej naszą integralność, tożsamość, bezpieczeństwo. Zatem określa ona zbiór równowag i obszarów aktywności ograniczonych z jednej strony bólem, niewygodą i przykrością, z drugiej strachem, niewiarą i niechęcią do zmiany, poczuciem przesady. Poruszamy się w niej uchodząc w swoich oczach za osobę normalną i moralną. Nic nam nie grozi, ani ze strony otoczenia, ani przyszłości, ani ze strony nas samych. Jesteśmy „OK”, zdrowi, względnie zadowoleni, znamy sposoby na radzenie sobie z życiem i obsłużeniem sytuacji, które nas spotykają. Posiadamy także plan działania na przyszłość, w której będziemy lepsi, bogatsi, szczęśliwsi. Plan ten uwzględnia to, jacy jesteśmy, a zatem nasze ograniczenia, potrzeby, silne strony i słabe strony. Tak mniej więcej działa na co dzień normalny człowiek. Posiada swoje homeostazy i dba, żeby wybicia z równowagi miały ograniczoną amplitudę, a powrót do stanu równowagi był zapewniony. Szczęśliwy, radzący sobie członek społeczeństwa.

Zaraz, zaraz...


W takim razie, czy to dobrze mieć strefę komfortu, czy nie? Strefa komfortu jest naturalna, każdy ją ma, tak jak skórę chroniącą nasze organy i jak odzież chroniącą nas przed chłodem. I jak parasol podczas deszczu. Jednak warto jest wiedzieć, czy mamy ten parasol aktualnie nad głową i dlatego nie mokniemy, czy też dlatego, że deszcz już ustał. Problem jest wtedy, gdy parasol towarzyszy nam zawsze, bez względu na pogodę. Gdy sam dotyk znanego przedmiotu poprawia nam nastrój bez względu na to, czy parasol nam jest potrzebny, czy też zaczyna nam przeszkadzać, a i tak trzymamy go w ręku. Zaraz, zaraz, czy to znaczy, że bezpieczeństwo jest złe? Nie, ale bezpieczeństwo trzeba mieć, a nie o dbać o nie i potwierdzać na każdym kroku. Dziecko potrzebuje bezpieczeństwa, bo jest bezradne i bezbronne, ale dorosła osoba może czuć się bezpiecznie w każdych warunkach, ponieważ jako człowiek ma władzę nad sobą. Jeśli zatrzyma się na potwierdzaniu swojego bezpieczeństwa i pozwoli na ograniczenia nie przekraczając ich – zacznie obumierać i cofać się w rozwoju. Zaraz, zaraz, a to nie może być tak po prostu dobrze? Nie. Jak mawiała Grace Hopper, statków nie buduje się, aby stały w portach, tylko aby pływały po morzach. Człowiek także jest stworzony do życia i działania, czucia, bycia twórczym, ważnym i jawnym, a nie do poszukiwania przez całe życie schronienia. Kto stoi w miejscu, ten się cofa. Albo albo.

A co to ma wspólnego z aktorstwem?


Z aktorstwem ma to tyle wspólnego, że jeśli mamy silną strefę komfortu (która nie zawsze w ogóle wyklucza poczucie dyskomfortu, czasem po prostu tylko nas krępuje), to nie mamy co marzyć o zagraniu jakiejkolwiek roli. Umiemy i możemy być tylko sobą i nie ma co wojować przeciw samemu sobie, żeby zostać Hamletem albo Lady Makbet. Nasza strefa komfortu nie pozwoli nam na to, zagrozi, przestraszy, wzbudzi jakieś „dziwne” uczucie, ból brzucha, albo głowy, może nawet nam podciąć nogi, a na pewno skrzydła. Z silną strefą bezpieczeństwa nie ma co brać się za aktorstwo. A jeśli już za nie się bierzemy, to trzeba tę strefę przekraczać, działać tak, jakby jej nie było. Straszne? Tak, dlatego niektórzy niech tylko czytają o tym, a nie zajmują się aktorstwem – zaoszczędzą czasu sobie i innym (reżyserowi, widzom i partnerom).

Wolność


Wolność to posiadanie władzy nad sobą, w tak dużym stopniu, żeby każdy wybór, przed którym stajemy był możliwy. Gdy pojawia się strach – działamy mimo strachu. Gdy pojawia się wstyd – wstydzimy się. Gdy pragniemy – podchodzimy i wyciągamy rękę. Gdy czujemy niesmak i pogardę – milczymy wyniośle. Gdy trzeba walczyć – walczymy. Gdy znamy prawdę – mówimy. Życie jest tylko jedno, ale każda próba, mimo swojej nazwy jest także tylko jeden raz. I albo zrobimy, to co należy zrobić, albo zaplączemy się powtarzając: bo, bo, bo, ja, ja.... bo... Strefa komfortu lubi uzasadnienia, usprawiedliwienia i wymówki: bo, ponieważ, nie dziś, może kiedyś, ona tak, ale nie ja, bo ja nie umiem, itd. Strefa komfortu jest kokonem, który odgradza nas od naszej wielkości, ale także od naszego wnętrza, które może być delikatne i łatwe do zranienia. Strefa komfortu odgradza nas zatem od dobrego aktorstwa.

Ciąg dalszy: Część 3
Początek tekstu: Część 1

O wzruszeniu i o strefie komfortu (część 1)

W poprzednim tekście dotknąłem lekko wychodzenia poza strefę komfortu i wzruszenia. Spójrzmy na to samo z punktu widzenia aktora. A zatem kolejny raz: Co to jest być aktorem? Na czym polega praca aktora nad sobą? Jak aktor pracuje nad rolą? Po co człowiek określany mianem aktora wychodzi na scenę? I ostatecznie, jak to wszystko się ma do niego, jako osoby i jak jego praca wpływa na niego samego?

O co nie chodzi w tym tekście


Pomińmy na początek wszystko, co w rozumieniu rzetelnego warsztatu świadomego aktora nie jest aktorstwem, czyli:
  • umiejętności techniczne - bo one są środkiem do osiągnięcia postępu i rozwoju, a nie celem,
  • maskę, konwenans, rzemiosło, „czwartą ścianę” i inne rzeczy odcinające aktora od jego wnętrza i widza - bo one w założeniu mają uprościć pracę, a nie postawić aktorowi wymagania,
  • dodatki do teatru w rodzaju tańca, teatru fizycznego, szczudeł, klaunady, teatru plastycznego - bo one w sposób systemowy ukrywają zarówno jakości, jak i brak jakości i uczą raczej dostosowania się do formy, niż indywidualnego rozwoju,
  • celebrytów, snobizm, teatr na zamówienie polityczne, społeczne, biznesowe, czy religijne – bo one zakładają sposób na zwycięstwo poza i pomimo ciężkiej pracy aktora nad jego wnętrzem i warsztatem.

Dla jasności, nie chodzi tu o to, że spektakl teatru tańca, czy teatru fizycznego nie może być lepszy od regularnego teatru słowa. Może i często bywa, ale ten tekst będzie o aktorstwie, a nie o tańcu, zatem, skupiamy się na aktorze, a nie na tancerzu, stąd takie uściślenia.
Wrogiem aktora jest jego strefa komfortu, czyli nadmierne bezpieczeństwo i nawyki. Aktor powinien zapewnić sobie bezpieczeństwo poza próbami, wysypiać się, dbać o siebie, dobierać projekty, które go interesują i inspirują. Na scenie ma inne cele.
I tu kolejna uwaga. Aktorstwo, trening aktorski i nawet ten tekst nie są dla ludzi, którzy szukają sposobu na rozwiązanie swoich problemów. Z problemami należy się zwrócić do lekarza, przyjaciela, albo poczekać aż same przejdą (to zwykle wymaga sporo czasu i specjalnych warunków, odosobnienia, na przykład klasztoru, albo samotni w środku puszczy). Aktorem powinien być człowiek, który nie szuka rozwiązania swoich problemów emocjonalnych, tylko taki, który jest gotów postawić siebie w niecodziennej sytuacji, żeby sobą rozwiązać cudzy problem przez sztukę: problem humanistyczny, ideologiczny, religijny, społeczny, literacki, itd. Gdy nas boli noga, to nie idziemy na boisko szukać następnej kontuzji, tylko najpierw czekamy na poprawę stanu zdrowia, dopiero potem myślimy o sporcie. Z aktorstwem jest tak samo: najpierw sprawdźmy, czy nadajemy się na wyzwania, a dopiero zróbmy krok w ich stronę. Łatwo na pewno nie będzie, ale niech przynajmniej będzie zdrowo.

Bierzemy się do roboty


Trening na siłowni polega na dostarczeniu mięśniom wysiłku, doprowadzenie włókien do stanu nadmiernego zmęczenia, w którym pojawiają się mikrouszkodzenia. Następnie dostarczamy organizmowi pożywienie bogate w białko, aplikujemy relaks i po pewnym czasie budzimy się z masą mięśniową większą niż przed treningiem. Tak to działa. Musi coś zaboleć, zanim poczujemy przyrost formy. Brzmi to jak masochizm, jednak organizm doskonale radzi sobie z tymi stanami wprowadzając do naszej krwi odpowiednie hormony. Więc proszę się nie bać przedwcześnie. Trzeba trzymać rękę na pulsie i dbać o swoje bezpieczeństwo i zdrowie. Jednak nie da się usmażyć jajecznicy bez rozbicia skorupek jajek - zamierzamy zmienić jakiś stan rzeczy (nas samych) więc na początek musimy umieć pożegnać się z tym stanem, który mamy w punkcie startowym. Z nadzieją, że docelowo osiągniemy lepszy, ciekawszy stan. Jeśli ktoś tego nie chce – nie powinien zaczynać ćwiczeń i przeznaczyć swój czas na coś innego. Planujemy coś w sobie zmienić. Trzeba tego chcieć i wierzyć, że będzie to zmiana na lepsze, albo przemyśleć sprawę ponownie. Osoby gotowe, niech czytają dalej:)

Trzeba coś w sobie zmienić


Jesteśmy aktorami. Rozwijamy się przez swoją pracę, korzystamy z inspiracji innych artystów, tworzymy coś. Raz na jakiś czas słyszymy uwagi o tym, że powinniśmy coś w sobie poprawić. Wielu rzeczy nie słyszymy, bo ktoś jest grzeczny, albo nie chce nam powiedzieć o naszej słabości, albo po prostu jest dobrze, tak jak jest i nie ma powodu nam na nic zwracać uwagi. Tak, czy inaczej robimy postępy. Z czasem te postępy ustają, bo się znudziliśmy swoją pracą i ją porzuciliśmy, albo przeciwnie – nasz poziom gwarantuje tak dobre zarobki, że sami wybieramy projekty, które dają nam satysfakcję, zatrudnienie i istnienie w branży. Brak wyzwań. Powodów, żeby pozwolić sobie na odcinanie kuponów od swojej przeszłości jest wiele. Jednak prawda o życiu przeczy takiej postawie. Rozwój jest konieczny, bo stanie w miejscu oznacza cofanie się. Zapraszam do rozwoju, a osoby, które wybrały stanie w miejscu i cofanie się – do lektury:)

Ciąg dalszy: Część 2
Ciąg dalszy: Część 3

18 października 2015

Zło i dobro, czyli o teatrze

Nie, to nie będzie tekst o moralności we współczesnym teatrze, o obniżającym się szacunku reżysera do widzów i o degrengoladzie sprowadzającej seks do sensacji na scenie.

Rozmawiałem ostatnio z moim dobrym kolegą o teatrze. I on, jak zwykle za Tadeuszem Kantorem: celem teatru powinno być wzruszenie. A ja na to: tak, płacz!

I tu wchodzimy na drogę rozważań o tym, że współcześnie dobre – to to, co miłe, a złe, co niemiłe. Taki jest współczesny świat z jego ubezpieczeniami, iphone'ami, like'ami i „yes”. Z wazeliniarstwem, tchórzostwem i strachem o szeroko rozumiany byt w kawiarniach sieciowych Stolicy.
Tymczasem płacz jest „zły”. Płacz stoi za wzruszeniem i za bólem. Jak przybliżyć się w teatrze do tego, co może prowadzić do łez, skoro wykrzykując „wow”, „mega”i „ale ekstra” kreujemy raczej wrażenie na otoczeniu, niż wyrażamy swoje własne uczucia? Skoro złem jest także konsternacja i niewygoda, świadomość problemu i kłopot z rozwiązaniem go, a dobrem lekkość, łatwość i przyjemność, a zatem bezproblemowość, sielanka i luz, najlepiej totalny luz? Jak z luzu przejść do wzruszenia, które tak blisko wilgotnych oczu? Może rozwiązaniem jest właśnie teatr i tylko teatr, do którego przychodzimy bez planu, bez wiedzy o tym, co możemy zobaczyć na scenie, nie przewidując sprytu reżysera, który z naszymi emocjami zrobi, co zechce. Skoro tam przychodzimy i oddajemy aktorom, na czas spektaklu, władzę nad przestrzenią i w dużym stopniu nad tym, co dociera do naszych zmysłów, a także nad rytmem i czasem, to może przyszliśmy się wzruszyć w milczeniu, w towarzystwie obcych osób siedzących, tak jak my na widowni, złaknionych odrobiny uczucia. Gdzie, jeśli nie w teatrze, drugi człowiek może z normalności przejść do granicy swojej strefy komfortu i pokazać nam, że istnieje coś jeszcze, coś ponad, coś obok, albo coś poniżej naszej codziennej egzystencji? Owszem, teatr do tego się nadaje i do tego został stworzony.

Po co płacz, po co wzruszenie?


Zatem wybieramy się do teatru, jedziemy do niego, spędzamy w nim dwie godziny i wracamy do domu ze wspomnieniem wzruszenia, którego doznaliśmy – w najgorszym przypadku doznał go nasz sąsiad na fotelu obok, a my skonstatowaliśmy, że takie coś jak wzruszenie w ogóle istnieje. Dobre i to, choć trochę mało jak na wiele miesięcy pracy reżysera z aktorami i jak na połowę, albo cały wieczór z naszego życia. Więc o co naprawdę chodzi z tym wzruszeniem? Weźmy przykład. Niewidoma dziewczynka, o niezbyt atrakcyjnym wyglądzie wychodzi na scenę talent show i zaczyna śpiewać. Śpiewa tak mocnym, czystym i przekonującym głosem, że zapiera nam dech w piersi. Gdy spoglądamy na nią i widzimy wciąż tę samą niepełnosprawną osobę, która bez trudu, bez napięcia i walki ze sobą osiąga coś tak pięknego – jesteśmy u szczytu wzruszenia. Dlaczego? Dlatego, że uświadamiamy sobie, jak wiele cudownych rzeczy jest możliwych. Uświadamiany sobie także, że wszystko, co na co dzień uznajemy za dobre i piękne: lekcje śpiewu, błysk w oku, piękny uśmiech, miesiące pracy z profesjonalistami, oprawa, pieniądze, organizacja, itd. itd. są na nic. Istnieje inny świat, z innymi ludźmi, którzy po prostu śpiewają tak, że ulatujemy ze swoich miejsc, a widząc, jak przy tym są zwykli, a nawet słabi – serce chce nam pęknąć. Czemu? Temu, że na co dzień ten świat nie istnieje. Ba, na co dzień nawet my sami zaprzeczamy możliwości istnienia takich zjawisk. W drodze do „równowagi” i „normalności” zdeptaliśmy swoje marzenie o pełni piękna. Zadowoliliśmy się tym, co mizerne, a tu przychodzi niewidoma dziewczynka i pokazuje nam jak bardzo w zasięgu ręki jest coś więcej niż tylko „wow”, „mega”, „ale ekstra”. Pokazuje nam piękno, harmonię i wielkość człowieka, choć ma do dyspozycji tylko swoje niepozorne ciało niepełnosprawnej osoby. WOW! Ale czemu wtedy płaczemy? Z żalu, że się okradamy każdego dnia z czegoś tak pięknego jak naturalność, człowieczeństwo, normalność, miłość, itd. Z żalu, że za płotem trawa jest naprawdę tak niesamowicie zielona, a my robimy wszystko, żeby nasza była brudno-bura, a płotu, żeby w ogóle nie było widać. Z żalu, że niszczymy siebie i że zamykamy się na nasz ludzki rozwój. To jest powód do płaczu.

Pewien hiszpański poeta powiedział: „Piękno jest być może jedyną rzeczą, przed którą nie cofną się tchórze”. Być może ludzie, którzy przychodzą do teatru szukają w nim tego piękna bez względu na to, czy są odważni, czy nie. Może przychodzą tam, żeby zmienić swój system wartości i powrócić do nazywania rzeczy wielkich i pięknych dobrymi, a miernych i nijakich złymi. I żeby uwierzyć, że to dobro jest także w zasięgu ich ręki, a jeśli nie, to może chociaż w zasięgu kroków ich nóg.