01 września 2015

Co niszczy naszą jedność?

Krótka definicja jedności


Jedność ujawnia się w harmonii tego, co jest w nas. Ręka nie jest nogą, serce nie jest macicą, a głowa pośladkiem. Harmonia nie jest degradacją i zrównaniem w dół rzeczy różnych. Harmonia jest współistnieniem i współbrzmieniem. Póki jesteśmy żywi, nasze części robią to, do czego zostały stworzone, byle tylko dać im szansę istnienia. Współbrzmienie jest efektem istnienia i wolności, w której odmienność jest traktowana jak dopełnienie reszty, a nie przeszkodą przeznaczoną do wyregulowania i wyciszenia. Piękna definicja. Zatem dlaczego posiadamy nieujawnione braki i szukamy odpowiedzi w ciemności? Dlaczego żyjemy tak, jakby sufity naszych domów były zbyt nisko, temperatura na przemian spadała poniżej zera i wzrastała do ukropu, ściany straszyły bielą, z kątów łypały okiem demony, a podłoga przypominała chybocącą się kładkę nad przepaścią? Dlaczego to, co powiedzieliśmy przed chwilą nijak się nie ma do tego, co robimy teraz, ludzie, którzy uwierzyli w naszą przyjaźń nagle spotykają się z wrogością, spokój odnajdujemy dopiero na końcu szaleństwa, myśli przeczą uczuciom, głos ruchowi, a plany pragnieniom?

Dlaczego?


Niektóre popularne przyczyny każdy z nas już zna. Unisono w tak złożonym organizmie jak człowiek nie sprawdza się. Dominacja głowy nad całością nie jest celem, składamy się wszak z różnych części, nie tylko z głowy. Dominacja serca, czy seksualności – podobnie. Ucieczka w uczuciowość, relacje, sentymentalizm, czy egzaltację jest ucieczką, ale nie jest metodą na życie. Ucieczka w świat umysłu i myśli, tworzenie modeli, do których kiedyś tam uda nam się dopasować – podobnie. Tricki i myki, które stosujemy na siebie samych w ciężkich chwilach pomagają na chwilę, krótszą, bądź dłuższą chwilę – podobnie jak tabletka przeciwbólowa. Wszystko, co jest ucieczką staje się z czasem kontrproduktywne, choć jest wygodne i pozornie „działa”. Nasze „genialne” odkrycia, które przykrywają problemy działają przeciw nam tym bardziej, im bardziej je pokochamy i im dłużej będziemy je stosować, w celu zaciemnienia, ukrycia reszty nas. Podobnie jest w tańcu i pantomimie. Kolejne generacje tancerzy i ich profesorów odkrywają nowe punkty ciężkości w ciele człowieka. Punkt ciężkości, który rozpoczyna ruch może być na wysokości klatki piersiowej, poniżej kroku, na wysokości kości ogonowej. I tak kolejne nurty sztuki rzucają coraz to nowe światło na ciało i emocje człowieka pokazując nam fragment całości. I podobnie jak artyści, którzy spełniają się w tym fragmentarycznym patrzeniu na człowieka, tak i my zadowalamy się częścią prawdy, wierzymy w nią i nawet przekonujemy do niej innych. Tymczasem sufity w naszych domach coraz niżej, wahania temperatury coraz większe, szaleństwo coraz bardziej wyczerpujące, a kładka pod naszymi stopami coraz bardziej spróchniała.

Może być gorzej?


Może. O ile sami tworzymy sobie maski na nas samych, to pozostawiamy sobie pewien margines autonomii. Dziwne rzeczy, które o sobie myślimy i sztuczne wzorce, do których dążymy są w zasadzie pod naszą kontrolą. Wymyśliliśmy sobie coś i staramy się sobą to zrealizować, ale w granicznej sytuacji możemy porzucić to, co nas niszczy i szkodzi. Może nie jest to łatwe, ale przecież my podjęliśmy, mniej bądź bardziej świadomie decyzję o dominacji pewnego aspektu nas samych w naszym życiu. Czas zakochania w umyśle może minąć i otworzyć drogę dla serca, sportu, jogi, czy medytacji. Krążymy szukając odpowiedzi, zdobywamy doświadczenia i (czego należy wszystkim życzyć) przybliżamy się coraz bardziej do prawdziwego obrazu nas samych. Nie jest tak źle. Jednak co w przypadku, gdy system patrzenia na siebie został nam narzucony z zewnątrz? Czy wtedy też jest tak łatwo z niego zrezygnować, a wcześniej dostrzec go i zidentyfikować? A co jeśli w uległości wobec systemu, uznamy nasze deformacje i problemy za część naszej tożsamości, nas samych? A to już nie jest dobrze. Bo jeśli system stał się częścią naszego świata i równowagi, to próby uleczenia siebie uznamy za występowanie przeciw nam samym. Walkę z tym, co złe zanegujemy na starcie, poszukiwanie prawdy nazwiemy herezją, a marzenia o pełni włożymy między bajki (a choćby te oglądane w kinie i czytane w książkach). Stoimy w miejscu karmiąc sobą system, który nas regularnie krzywdzi i okrada. Od narodzin aż po śmierć.

Światło i ciemność


Pierwszego dnia Bóg stworzył światło. I nie bez przyczyny fundamentalne równanie Einsteina zawiera w sobie prędkość światła. Światło i ciemność pochodzą z samego początku Biblii/Bereshit i dlatego z nich korzystają systemy sprawowania władzy nad człowiekiem, zarówno systemy religijne jak i inne, które są ich pochodną. Ciemność i pragnienie światła w ręku ludzi posługujących się kłamstwem jest najsilniejszą bronią przeciw naszej ludzkiej konstytucji. Światło, bądź ciemność stojące w tle za wypowiadanymi słowami najlepiej udają prawdę i uwiarygadniają mówcę w oczach słuchacza. Poszukując prawdy, czytając Biblię/Torę, pozwalając sobie na refleksję, korzystając z intuicji jesteśmy w stanie odszukać światło, prawdę, zdrowie i wiedzę o sobie i innych ludziach. Ufając słowom innych ludzi, tym bardziej jeśli zrobimy to pomimo własnego sprzeciwu – prosimy się o kłopoty. Jeśli jedynym powodem, dla którego przyjmujemy zewnętrzny system myśli, religii, działania, czy system wartości jest strach i podążanie za instynktem stadnym – wybraliśmy źle. Rezygnacja z wolności do powiedzenia prostego słowa NIE, opowiadanie się za dobrem podpartym jedynie miazmatami i uśmiechniętymi twarzami mówców wznoszących ku niebu oczy – to droga do choroby. Choroby, której podstawową istotą jest brak jedności, odcięcie naszych części od reszty, zubożeniem piękna akordu, do którego zaśpiewania zostaliśmy stworzeni. Podążanie za mitem, który eksponuje i ujawnia tylko część nas. Straszne i przerażające? Właśnie tak. Ręka, która powinna grać akord może się zawahać i zdecydować, że zagra tylko dwudźwięk, albo pojedynczy ton. I nie zagrać pełni kompozycji już nigdy więcej. Ograniczyć się, dać się okraść w imię jakiejś idei, która wychwala ubóstwo i małość, albo aktywność i siłę, albo intelekt, albo ciało i ruch, i tak dalej. Łatwo się pomylić i uznać, że światło, albo ciemność są naszym bogiem. Świetliste wizje obleczone półprawdami, albo jeszcze gorzej - mroczny egoizm asekurujący przed wrażliwością, odwagą i przestrzenią, bardzo łatwo mogą stać się naszą ideą i zostać uznane za ostateczny cel i najważniejszą misję. Światło zostało stworzone pierwszego dnia, ciemność była jeszcze wcześniej, zatem te dwa składniki świata i nas samych są niemal jak fundamenty wszechświata, materii i wszystkiego, co budujemy. I dlatego te dwa elementy (światło i ciemność) często są nadrzędnymi punktami odniesienia religii, new age, czy w ogólnie perswazji, którą ktoś z zewnątrz do nas kieruje. Czy to w postaci marketingu, czy motywującej rozmowy, mającej na celu sformatowanie naszego zachowania w organizacjach, społeczeństwie albo w ogóle codziennym życiu. Przyczyn, dla których ktoś użyje światła albo ciemności w argumentacji jest wiele, ale jeśli wywód kończy się na nich – jesteśmy okłamywani. Dlaczego? Dlatego, że już w samym opisie stworzenia świata jest znacznie więcej niż tylko światło i ciemność - jest Bóg, jest człowiek, jest woda, ziemia, czas, etc. Samo światło może być postawą do stworzenia religii światła, ciemność postawą religii ciemności, nawet wodę, czy ziemię można wykreować na jakieś pomniejsze bóstwa. Nie bądźmy naiwni i nie dajmy sobie wmówić, że budulec jest celem budowniczego. Budowniczy budował nas dla prawdy i miłości, nie dla oddawania hołdu kruszcowi, którego użył, żeby nas zbudować. Żaden dom nie jest świątynią cegieł, z których został zbudowany, przeciwnie ma służyć wyższym celom - życiu człowieka. To nie człowiek ma służyć cegłom, z których zbudowano jego dom. Cegły i dom mają służyć człowiekowi.

Co robić?


Człowiek jest bardzo plastyczną strukturą. Możemy być kimkolwiek i czymkolwiek zechcemy. Niestety możemy być także kimkolwiek i czymkolwiek, czym w ogóle nie chcemy być. Kształt, do którego zmierzamy leży w rękach ludzi, którzy nami rządzą, a przecież niekoniecznie są to nasze własne ręce. Ludzie z naszego otoczenia na ogół nie są źli i nie chcą naszej krzywdy, deformacji, ograniczenia, degradacji. Jednak, czy oni wiedzą, co jest dobre i czy nie są sami pod wpływem idei, która nimi rządzi i prowadzi ich samych i ich otoczenie do zguby? No cóż, z tym to już nie jest tak kolorowo. Przeciwnie, sprzedając swoją autonomię i władzę nad sobą za cenę bezpieczeństwa i pozytywnej opinii ich otoczenia często wybierają negatywny kompromis obniżający ich wartość, zdrowie i wiarygodność. Co zatem robić? Patrzeć otwartymi oczami, uszami i wszelkimi zmysłami jakie nam dał Bóg. Zadawać pytania i kwestionować do skutku to, co działa źle, nawet jeśli działa tylko trochę źle, ale powtarza się regularnie. Mieć odwagę do widzenia rzeczy dobrych i opowiadać się za nimi. Doceniać radość, piękno, prawdę i miłość. Negować krzywdę, wspierać wewnętrzne zdrowie, rozwój i harmonię i mieć nadzieję, że gdzieś tam wysoko ponad nami jest Bóg, który widzi więcej sensu w naszym człowieczeństwie niż nawet my sami. My jesteśmy Jego stworzeniem, a nie On naszym, więc może czasem należy powstrzymać pychę i nie szukać idei, tez i systemów, które coś tłumaczą. A raczej (tylko i aż) żyć, dobrze żyć swoje ludzkie życie szanując siebie i czerpiąc z bogactwa, które nam zostało dane. I dziękować, że tak pięknie może na tym świecie być.
Nie bądź gościem u siebie, wiedz, co się w cię leje;
Wedle tegoż swe sprawy miarkuj i nadzieje!
Jan Kochanowski Do gospodarza

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz