13 czerwca 2015

Mały kawałek sztuki

Bolączką wielu artystów jest to, że nie mogą pokazać tego, co mówią, że robią. Deklarują coś, ale mało kto uczciwie może przyznać, że faktycznie zobaczył lub usłyszał to, co mu obiecano. Wiele prac jest w procesie, wiele zależy od innych ludzi (na przykład od aktorów danego reżysera), wiele rzeczy jest jednorazowych i trudno je na zawołanie powtórzyć. Ostatecznie, coś może "nie wyjść", albo jest zauważalne i zrozumiałe tylko dla wyrafinowanych i przygotowanych odbiorców. Dobrym przykładem jest teatr Jerzego Grotowskiego, który w pewnym momencie prowadził dwa osobne nurty: jeden dla publiczności, drugi – proces rozwoju i eksperymentu aktora i reżysera. Cytując klasyka, trudno jest być jednocześnie twórcą i tworzywem. Ale jeszcze trudniej robić coś ważnego dla siebie i umieć to opisać, zaprezentować i przedstawić osobom spoza pracy (powiedzmy krótko: laikom, teoretykom i osobom przypadkowym). Z drugiej strony, często idee, którymi się kierujemy istnieją tylko jako treści w umyśle twórcy, drogowskazy, czy pomysły, i w ogóle nie da się ich dostrzec w realnych pracach. Jesteśmy przecież tylko ludźmi i efekt pracy nie zawsze musi przedstawiać także drogę dojścia do niego i ujawniać rzeczywiste inspiracje.

Po tym wstępie przejdźmy do rzeczy i spróbujmy mimo wszystko zaprezentować i wyjaśnić mały fragment sztuki, a przynajmniej jego jeden aspekt. Może na bardzo małym przykładzie pracy uda się opisać słowami to, co faktycznie słychać. Celowo w tym opisie unikam podziału na treść i formę, mam nadzieję, że poniżej znajdą Państwo powód, dla którego taka dystynkcja w tym miejscu nie jest uzasadniona.

Czym jest sztuka i jaki ma sens?


Po pierwsze, sztuka to przekaz nadawcy do odbiorcy. Jakaś treść, którą twórca kieruje do widza. W klipie reklamowym może to być informacja o tym, że dany produkt, usługa, czy ogólnie marka istnieją, są dobre i że spełniają jakieś funkcje (coraz częściej są to funkcje emocjonalne i ambicjonalne) pożądane przez odbiorcę. Można pójść dalej i z pomocą reklamy starać się zmodyfikować sposób patrzenia widza na samego siebie i jego świat i „wykreować” potrzeby, które akurat my potrafimy zaspokoić i zarobić na nich. Tylko pozornie jest to trudne, bo przy wielokrotnym powtórzeniu przekazu marketingowego i zbudowaniu spójnej kampanii opartej na wielu różnych mediach i nośnikach uda się to zrobić. Marketerzy wiedzą jak to robić i robią to od lat. Przykładem może tu być wybór na prezydenta państwa osoby, o której kilka miesięcy wcześniej nikt nie słyszał. Da się? Da. W sklepie, w lokalu wyborczym, czy na ulicy wybieramy ten, a nie inny produkt, realizując założenia kampanii reklamowej skierowanej do nas. Ale w tle tego wyboru jest wielopłaszczyznowy proces kształtowania naszego „myślenia”. Sposobu, w jaki identyfikujemy problemy, co myślimy o świecie, o państwie, o sobie, o naszych bliskich, o naszych finansach, itp. Ktoś włożył wiele wysiłku i pieniędzy, żebyśmy postąpili tak, a nie inaczej, zabiegał o nasze preferencje. Ale przecież nikt z nas nie przyznałby, że miał zaćmienie umysłowe w chwili wyboru. Przeciwnie - nasz wybór był świadomy i przemyślany, ale zaprojektowany i „wspomagany” przez marketing. To, co dziś uznajemy za swoje osądy i system wartości zostało wcześniej zaplanowane i sprzedane nam. Teraz myślimy to, co nadawcy komunikatów chcieli, żebyśmy z czasem zaczęli myśleć. Zostaliśmy zmienieni.

I tak samo jest za sztuką - sztuka zmienia nas. Zmienia nasze samopoczucie, chwilowe, albo trwałe zainteresowania, naszą głębię, naszą świadomość siebie. Może dotykać także rzeczy wielkich, choćby z punktu widzenia psychologii – może zwiększyć nasz strach przed życiem, albo go pomniejszyć. Może nauczyć nas miłości, albo skłonić do tego, żebyśmy ujawnili agresję i egoizm. I to jest treścią współczesnej sztuki: zmienianie człowieka i wywoływanie wrażeń. Mądre rzeczy zostały powiedziane lub napisane już tak wiele razy, tak dobrze je znamy, że nie chcielibyśmy kolejny raz o nich słyszeć. Albo co gorsze, tak dobrze wiemy, że istnieją, choć my ich nie rozumiemy, nie zrozumiemy i wcale ich nie potrzebujemy, że konfrontacja z nimi spowodowałaby tylko niesmak i znudzenie. Dlatego współczesny świat sztuki posługuje się cytatem i pretekstem, po to, żeby kokietując naszą intelektualną pychę uderzyć w ton, którego potrzebujemy: poruszyć nas mniej lub bardziej, otworzyć lub zamknąć, zmienić nas. A właściwie, to zrobić cokolwiek, bylebyśmy poczuli cokolwiek. Smutne to i do przemyślenia. Jednak nie o tym jest ten tekst.

Co można powiedzieć o człowieku, który odbiera przekaz artystyczny?


Człowiek jest sumą części. Mniej lub bardziej zharmonizowanym systemem. Jest także zagadką i tajemnicą. Póki żyje, może się zmienić, a nikt, łącznie z nim samym nie jest w stanie dzisiaj przewidzieć w jakim kierunku te zmiany pójdą. Co więcej, te zmiany mogą następować wbrew samemu człowiekowi. Zatem istnieje także potrzeba integrowania się w emocjonalności, przewidywalnej przyszłości, relacjach, bezpieczeństwie, w rozwoju. Mamy władzę nad sobą, więc możemy się na coś, albo na kogoś otworzyć. Mamy także władzę zamykania się. Jest też otoczenie, które w różny sposób nad nami pracuje, często wbrew nam – stara się otworzyć nas tam, gdzie chcielibyśmy być zamknięci, a zamknąć nas tam, gdzie chcielibyśmy być otwarci. Na szczęście świat pozostawia nam nieco autonomii i na ogół mamy wybór tego, co zrobimy, z kim będziemy rozmawiali, albo czego słuchali, lub co oglądali. I tu dochodzimy do sedna. Czy sięgając po sztukę mamy potrzebę otwarcia się, czy też potwierdzenia integralności? A może chcemy tylko potwierdzić, że jest dobrze, że zmiana w żadnym kierunku nie jest potrzebna? Każdy z Państwa zapewne udzieli sobie odpowiedzi na to pytanie. Jednak wróćmy na chwilę do polityki. W kontekście otwarcia i zamknięcia mieliśmy w ostatnich wyborach prezydenckich dwie skrajne opcje. Bronisław Komorowski mówił, że jest dobrze i że trzeba utrzymać stan rzeczy. Paweł Kukiz jawnie i ostro mówił, że jest źle, i że trzeba zniszczyć system. Klasyczny przykład konstrukcji i dekonstrukcji. Co ciekawe wielu wyborców opowiedziało się wprost za jedną z tych opcji. Jednak to jedynie przykład. Wróćmy do sztuki. Czy decydując się na film, spektakl, płytę CD, albo utwór na youtube chcemy otrzymać impuls do zmiany, czy raczej przesiedzieć założony czas i zakończyć odbiór w równowadze nie zmieniając się, a jednak mając poczucie, że coś dobrego, fajnego, miłego, interesującego, ciekawego, wartościowego, korzystnego, cudownego, wspaniałego, wielkiego, niepowtarzalnego się wydarzyło? Każdy z nas ma autonomię i wie z jaką intencją zaczyna odbiór sztuki. Powiem więcej, sztuka zaczyna się już wtedy, gdy zanim utwór do nas dotrze, my podejmujemy decyzję o tym, co ma się stać. Na co jesteśmy gotowi, co chcemy ze sobą zrobić za pomocą sztuki, którą właśnie otrzymamy. Sztuka nie jest zabiegiem chirurgicznym pod narkozą. Raczej dialogiem, czasem nauką, czasem katharsis, czasem oświeceniem. Oczywiście życie nie jest usłane różami, żebyśmy zawsze otrzymywali katharsis, gdy akurat chcemy i jesteśmy w stanie je przyjąć. Życie składa się raczej z małych rzeczy. Zatem proszę posłuchać tej małej rzeczy.



Na jednej z facebookowych grup ktoś mnie zapytał, czy to by nie mogło być weselsze. Odpowiedź na to pytanie wymagało tego całego wstępu powyżej. Ten kawałek śpiewu/melorecytacji/improwizacji/czytania/mowy nie jest nastawiony na wywoływanie tego, czy innego stanu emocjonalnego. Spośród wszystkich funkcji, przekazów i intencji tylko częściowo realizuje nawet założenia estetyczne. Także co do zgodności formy z treścią raczej ciężko jest mieć nadzieję, że tekst tej rangi może zostać „dobrze” wykonany. W zasadzie każde sięgnięcie artysty po Biblię/Torę jest formą świętokradztwa. O co w takim razie chodzi? O to, o czym pisałem powyżej: o funkcję otwarcia. Proszę posłuchać i powiedzieć, czy mi się udało ją zrealizować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz