28 maja 2015

Impro zamiast teatru?

Improwizacja to działanie na scenie bez scenariusza. Aktorzy robią coś, czego wcześniej nie zaplanowali. Reżyser im nie powiedział, co robić, a oni i tak robią coś, co ma sens dla nich i dla widza. I tak budują spektakl z tego co jest „tu i teraz”. Rzecz jasna, każdy może inaczej rozumieć słowo „improwizacja”, tym bardziej jeśli na co dzień zajmuje się konkretną formą sztuki. Można powiedzieć, że improwizacja to wyjście poza to, co robi się już dobrze: poszukiwanie, eksperyment, trans, intuicja, itd., a także gotowość na ryzyko, błąd, odwaga odnalezienia się w sytuacji nowej. Dlatego improwizacja będzie wyglądała inaczej u tancerza, inaczej u wokalisty, inaczej u mima, inaczej u aktora teatru słowa, a inaczej w teatrze fizycznym. Specyficzną formą improwizacji jest działanie tancerza/aktora butoh, który na dobrą sprawę improwizuje nieustannie.
Tyle wstępu o improwizacji. A czym jest tzw. IMPRO?

Impro skupia się na jednym elemencie improwizacji: na braku wiedzy, o tym, co się wydarzy dalej.
I tu od razu pojawia się dylemat: kto ma wziąć na siebie ryzyko za to, co dalej się stanie? Reżyser nie reżyserował, aktorzy nie znają tekstu ani struktury. Więc co teraz? A co potem? Naturalnie, ''problem” z tym co dalej robić z nową sytuacją będzie po stronie aktora, a nie widza. Ale o tym za chwilę – na razie jesteśmy w miejscu, gdzie to coś nowe jeszcze się nie wydarzyło. Co może zrobić aktor? Może nabrać odwagi i zrobić coś, co wprowadzi go w nową sytuację, może brać odpowiedzialność za to, co robi i znaleźć się w sytuacji, której nie zna. Pojawia się psychologia: czy zrobić coś ryzykownego i mieć potem z tym problem, czy raczej przenieść odpowiedzialność na kogoś innego? IMPRO często przenosi odpowiedzialność na widza. Dzięki temu nawet w przypadku chwilowego lub całkowitego niepowodzenia gorycz i klęska są mniejsze, bo podzielone między aktorów i widzów. Pojawia się most odpowiedzialności za sytuację, który łączy widza z aktorem w ewentualnych chwilach chwały i porażki. Jest to fajne i powoduje, że na widowni pojawiają się emocje i dobra zabawa, bo jednak ostatecznie i tak na scenie oglądamy aktorów, a widzowie jedynie nimi odrobinę sterują poddając słowa, czy tematy do improwizacji. Zatem, chociaż widz ponosi częściowo odpowiedzialność za to, co stanie się na scenie, to nie musi sobie z tym osobiście radzić. Mamy ograniczone uczestnictwo widza w przedstawieniu. Co nam to daje? Zaangażowaliśmy widza, który przyszedł miło spędzić czas, w to, co dzieje się wokół niego, więc prawdopodobieństwo, że wyjdzie ze spektaklu niezadowolony i będzie narzekał jest mniejsze. To sukces metody.

I ten sukces jest jej największą wadą, jeśli patrzylibyśmy na impro przez pryzmat teatru. Skoro mamy sposób na wciągnięcie widza we wspólną zabawę z pominięciem tego, co w teatrze najważniejsze: skupienia, autentyczności, kontaktu z przestrzenią, kreacji atmosfery, wierności słowom i dyscypliny... to właśnie pożegnaliśmy się z teatrem. No cóż, skoro widzowie przychodzą na takie przestawienia, to znaczy, że ich potrzebują i możemy zakończyć na tym temat. Ktoś mógłby polemizować odnosząc się do etosu, etyki, wartości, idei i marzeń o wielkości teatru. Ale nie w tym rzecz, bo rynek działa tak jak działa i nie zmienimy gustów publiczności.

Jest zabawa, ludzie przychodzą na „spektakle”, inni ludzie przychodzą na warsztaty IMPRO i mogą poczuć się odrobinę aktorami. Podobnie jak w teatrach instytucjonalnych, w których aktorzy nie kryją, że widzowie nie przychodzą oglądać sztuki, ale po to żeby zobaczyć na żywo aktora, którego znają z ekranów swoich telewizorów. Żałośnie to brzmi, ale niestety prawdziwie. W świecie, w którym telefony komórkowe, tablety i notebooki przestały służyć do dzwonienia, wysyłania wiadomości i czytania informacji z kraju i ze świata, a stały się narzędziem kreowania siebie i rozpowszechniania swojego lansu zatarła się oś między artystą i odbiorcą sztuki. Przecież nie po to idziemy ulicą przygarbieni nad ekranem smartfona, żeby dowiedzieć się, kto został prezydentem, tylko żeby dowiedzieć jak bardzo zostaliśmy polubieni przez innych. Wszystko sprowadza się do szybkiej i przyjemnej świadomości, że jesteśmy wielcy, piękni i pożądani. 

I w tym kierunku poszedł także teatr: udział w snobizmie i miłości własnej celebryty, potwierdzenie bycia we właściwym czasie i miejscu, akceptacja społeczności, okruchy ambicji zamienione w pretekst do zaprzeczenia ignorancji. Zabawa w impro, w którym wstyd z bycia słabym i nieważnym dzielimy pomiędzy swoich facebookowych znajomych. Oni po chwili zrobią to samo i nawiążemy z nimi most wzajemnego wsparcia w miernocie i braku pomysłu na siebie. Jakich rozwiązań używamy, żeby choć na chwilę wyjść z zaklętego kręgu bycia nikim w towarzystwie innych ludzi, którzy czują się nikim? Z pomocą przychodzi nam technika, metodyka i marketing, także marketing osobisty. Kupując nowy model telefonu wznosimy siebie i pozostałych uczestników danse macabre na wyższy poziom społeczno-estetyczny. Na kilka dni, czy tygodni jesteśmy lepsi od samych siebie, a skoro to my jesteśmy ostatecznym punktem odniesienia, to znaczy, że zrobiliśmy postęp. Postęp jest oczywiście pozorny i za kilka miesięcy trzeba będzie znów kupić coś nowego, pójść w modne miejsce, zaszokować nowym, roznegliżowanym zdjęciem w portalu społecznościowym. A rzeczywistość trzeszczy nadal, pytania bez odpowiedzi pozostają w głowie, frustracja narasta, refleksje tłumione dynamiką klikania w ekran nie ujawniają się. Stoimy w miejscu zapadając się coraz niżej w samoocenie. Jednak szybkość działań rośnie, bo przecież jakoś te myśli i niezręczne cisze trzeba zagłuszyć.

Panika? Nie, na ten stan także wymyślono rozwiązanie, a nazywa się ono: szybki montaż. Szybki montaż w wideoklipie, szybki montaż w nadmiarze zaplanowanych wydarzeń na wieczór, szybki montaż w kolejnym, robionym zaocznie fakultecie, szybki montaż w pisaniu SMSów do dziesięciu różnych osób jednocześnie, i ostatecznie... szybki montaż na scenie.

I jak by to spuentować? To jasne, trzeba się zatrzymać na chwilę. Ale tak, żeby rozpędzony kołowrót szybkiego montażu nie urwał nam głowy i nie połamał nam rąk i nóg. Poszukajmy takiego sposobu. Powodzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz