21 maja 2015

„5 kilo cukru” Gura Korena w reżyserii Pawła Paszty

Czytanie performatywne, bo tak nazywa się forma, w której dwukrotnie widziałem spektakl „5 kilo cukru” Pawła Paszty, to w złożeniu coś między próbą czytaną a spektaklem teatralnym. I już tu właściwie należałoby dodać łyżkę dziegciu, bo często słowo „performatywny” we współczesnym teatrze oznacza niską jakość i brak spójności języka, jakim reżyser będzie do nas mówił. Negatywne przykłady pozwolę sobie pominąć, dość powiedzieć, że jeśli artyści plastycy, tancerze, muzycy, modele, czy osoby zupełnie niezwiązane ze sceną robią performance – zwykle jest to krok naprzód. Jednak jeśli do performance'u wracają aktorzy – jest to zwykle, albo zabawa formą, albo postmodernizm w najgorszej odsłonie o jakości porównywalnej do serialu telewizyjnego.

Cała sztuka (i Sztuka) polega na tym, żeby właściwie użyć formy, którą się dysponuje w celu przekazania treści. Paweł Paszta nie zrobił próby czytanej + aktorzy, którzy czasem chodzą. Nie zrobił także karłowatej wersji spektaklu teatralnego. Zrobił spektakl, który nie tylko wpisuje się w formę czytania performatywnego, ale też wykorzystuje jego zalety i wady. To znaczy, że nie posłużył się schematem, ale tworzył swój montaż uważnie patrząc na elementy, które ma do dyspozycji. Na tym polega majstersztyk.

Czy etiuda jest gorsza od symfonii? Nie jest, jest mniejsza, ale z założenia nie może być po prostu gorsza. Jeśli cofniemy się do istoty teatru jako spotkania żywego aktora z żywym widzem, to technika, kilowaty głośników i pieniądze wydane na promocje przestają być ważne. Liczy się to, co w ciągu spektaklu przeżyje każdy pojedynczy widz i co ze sztuki wyniesie dla siebie. Bo sztuka nie ma być medialna tylko osobista. Twórca z siebie tworzy coś, co widz weźmie do siebie. Człowiek mówi do człowieka.
Kwintesencja tego, o czym mówię zawiera się w tym zdjęciu, na którym widzą Państwo „czytanie performatywne”. Forma została wchłonięta i użyta przez artystę, a nie narzuciła mu ograniczenia, pod którymi się ugiął. 
Brawo.

Fot. Piotr Kulisiewicz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz