26 maja 2013

Czy sztuka może szkodzić?

Być albo nie być” pytał Hamlet. Nie udzielił na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi.
Swój wywód skończył stwierdzeniem, że świadomość jest winna naszemu tchórzostwu, a gdy za dużo myślimy, to przestajemy działać. Niezbyt to budujące i optymistyczne, szczególnie w czasach, gdy na wszystko mamy naukowe teorie poparte badaniami statystycznymi, a szczęście buduje się za pomocą przemyślanych i akceptowanych przez autorytety (medialne) modeli społecznych i zaprojektowanego stylu życia. W dodatku podpartych coraz częściej nowoczesną technologią. Więc jak żyć? Jak żyć bez nadrzędnej i propagowanej wszędzie roli umysłu - tego komputera przetwarzającego nadmiar bezwartościowych informacji? Czy ten komputer da się wyłączyć? A jeśli tak, to czy da się bez niego funkcjonować w świecie? Na te i inne podobne pytania odpowiada właśnie sztuka. Naturalnie - sztuka przez wielkie "Sz". Ta przez małe "sz" karmi snobizm, pomaga zabić nudę i co najwyżej szlifuje utarte schematy myślowe. Wyłączyć nadmiaru myśli nie umie. Przeciwnie, potęguje niepotrzebne i niezwiązane z nami samymi myślenie o rzeczach banalnych. Klipy wideo, hollywoodzkie produkcje i książki o tym, że Szwed zabił Norwega finką ugruntowują nas w przekonaniu, że życie, którym żyjemy jest dobre. A biedny Hamlet przewraca się w grobie. O biada! Teatry, kina, galerie sztuki współczesnej, muzyka pop, książki, komiksy, a nawet poezja umacniają w nas przekonaniu, że wszystko jest w porządku i niczego nie warto zmieniać. Skąd więc potrzeba sięgania po pismo, takie chociażby jak Arteterapia? Skoro jest tak dobrze, to dlaczego dobrze jednak nie jest? Odpowiedź na to pytanie jest prosta: ponieważ jest nam ZBYT dobrze. Bo żyjemy w komforcie, bezpieczeństwie i wygodzie, które nas usypiają i skłaniają do braku refleksji. Z jednej strony presja ekonomiczna, z drugiej dopingowany przez reklamy i media popyt na dobra materialne tworzą rutynę życia. Całkiem znośną, jeśli porównać ją do "zła" prezentowanego na ekranie telewizorów w formie krótkich niusów, które donoszą, że za siedmioma górami i siedmioma lasami chłop zagryzł konia, lub też było odwrotnie – nieważne, ważne, że było źle, a jeszcze ważniejsze, że nie u nas, tylko gdzieś tam za siedmioma górami i lasami... Czasem, późnym wieczorem, może piątek, może w sobotę pozwalamy sobie na rozrywkę z górnej półki, na tak zwaną "sztukę" i sublimujemy swój komfort i wygodę do namiastki refleksji nad życiem. I to wystarcza do przeżycia pokolenia za pokoleniem w ciepłym i bezpiecznym otoczeniu zachodniej cywilizacji. Cud i miód. Do czego zmierzam? W czym tkwi zło we współczesnej sztuce? W namiastce myślenia, zamiast zadawania pytań na miarę dylematu Hamleta. W pretekstowym traktowaniu treści, które powinny gościć w głowie każdego dojrzałego człowieka. W takim podejściu do tematu, w którym wystarczy rzucić nazwisko reżysera, czy kompozytora i przejść gładko do rozmowy o kolorze paznokci koleżanki siedzącej obok. W sztuce, która tak do nas mówi, aby nas przekonać, że to co ważne, owszem istnieje i dobrze się jest pocieszyć, że faktycznie istnieje, ale myśleć o tym nie warto, bo to nie jest fajne. W takiej sztuce, która zachowuje nas w naszej strefie komfortu i nie zmusza do wyjścia poza utarte zachowania. W takiej sztuce, która nas uczy stania w miejscu. Czas płynie, Drodzy Państwo. Stojąc w miejscu cofamy się. Cofając się degenerujemy i chorujemy.

SZTUKA przez wielkie 'SZ'


Robiąc sztukę bierzemy na siebie odpowiedzialność - tak jak za swoje słowa. Teatr, koncert symfoniczny, czy obraz olejny, to tylko inny sposób powiedzenia komuś czegoś, co jest naszym zdaniem ważne i warte powiedzenia. Niektóre rzeczy da się wyrazić słowem pisanym, inne mówionym, inne grą na fortepianie, a jeszcze inne ruchem na scenie czy filmem. Tak samo jak w codziennym życiu, czasem słowo znaczy więcej, a czasem więcej powie milczący gest lub kartka papieru. Sztuka nie jest niczym innym, niż mówieniem do drugiego człowieka. Aktor mówi do widza, śpiewak mówi do słuchacza, a malarz do gościa muzeum. Człowiek mówi do człowieka. I z tej prostej prawdy wynika zbawienny wpływ uprawiania SZTUKI dla naszego zdrowia, życia, samopoczucia i rozwoju. Jeśli po alkoholu będę przekonywał kogoś, że czarne jest białe, a pięć równa się sześć, czy też, że Słońce krąży wokół Ziemi, to następnego dnia będę miał z tego powodu kaca. Prawdopodobnie zweryfikuję swoje postępowanie i następnym razem przemyślę to, co zamierzam zrobić. Albo zmienię kontekst, tak, żeby odbiorca wiedział, że to był żart. Może przemyślę całą wypowiedź i wyjaśnię dlaczego mówię od rzeczy (na przykład po to, żeby pokazać jakiś absurd wzięty z życia, którego inaczej opisać nie umiem). A jeśli nie, to może przynajmniej dowiem się, że poprzedniego dnia mówiłem nonsensy. Tak samo działa SZTUKA. Zmusza mnie do poszukiwania tego, co jest prawdziwe i do powiedzenia (uniwersalnej) treści ważnej i dla mnie i dla innych i stosowania takiej formy i poziomu metafory, która tej treści jest właściwa. Czyli wszystko się zgadza: SZTUKA odzwierciedla prawdziwe życie, prowadząc działalność artystyczną uczymy się życia, a swoim życiem wzbogacamy innych - poprzez naszą sztukę. Czy to już wszystko na ten temat? Otóż nie! Sprawa z wykorzystywaniem SZTUKI jako środka uzdrawiania/naprawiania swojego i cudzego życia nabiera większego tempa, gdy zaczynamy mówić o... problemach. Skoro w procesie twórczym, na przykład podczas pracy nad postacią do spektaklu napotykam opór i barierę psychologiczną (emocjonalną) w sobie czy moim aktorze, to przecież... to jest realna bariera. Ona istnieje naprawdę. Przecież nikt takich barier nie wymyśla, tylko po to, żeby jego praca nad spektaklem poszła gorzej. Nie, ta bariera już tam była i tylko czekała na odkrycie. No dobrze, ale wciąż ktoś może powiedzieć, że i w życiu też dany problem się ujawni bądź nie i też zawsze można podjąć decyzję o rozwiązywaniu go, bądź nie. Owszem, ale SZTUKA nie jest prawdą. Pracując nad sobą w kontekście uprawianej sztuki, dotykanie moich osobistych problemów, barier, ograniczeń, tabu i słabości wywołuje mniejszy ból wynikający z ich ujawnienia. A to dlatego, że łatwiej mi spojrzeć na siebie jak na instrument, którego używam w swojej pracy. Wykonując pracę mogę spojrzeć na samego siebie "profesjonalnie" – tak jak zrobiłby to terapeuta. I w tym już jest postęp. Bo skoro mniej boli rozwiązywanie problemu, to i szansa na jego pokonanie jest większa. Powiem więcej. Jeśli ogólnym celem sztuki jest mówienie w szerokim kontekście, to także sposób mówienia i widzenia moich problemów jest inny, bardziej nastawiony na szukanie uzasadnień, przyczyn i skutków, niż na babranie się w traumie i krążenie w zaklętym kole: boli – nie boli. Dzięki takiemu podejściu staję się bardziej transparentny dla siebie i innych. A o to przecież chodzi, nieprawdaż? Jednak to dotyczy tylko SZTUKI, a nie tworów uzurpujących sobie prawo do tego miana, czyli takich, które zaciemniają zamiast rozjaśniać i niszczą wpędzając w kłopoty (psychologiczne, społeczne, rodzinne, religijne, komunikacyjne lub co gorsze... marketingowe). Warto znać różnicę. A jak ją dostrzec? Sprawdzać jak ona na nas działa. Tylko tyle i aż tyle.

Tekst ukazał się w numerze 2/2013 kwartalnika Arteterapia (www.arteer.pl)